|
|
||||||||||||||||||||||
|
|
|
„Magazyn Solidarność” on-line – 12 (grudzień) 2001 |
||||||||||||||||||||
|
|
|
|
||||||||||||||||||||
|
© Copyright by „Magazyn Solidarność” 2001
Przy wykorzystywaniu naszych
tekstów uprzejmie prosimy
Mieścimy
się w budynku „Solidarności” w Gdańsku, Nasz tel./fax: (0-58) 301-71-21, tel. (0-58) 308-42-72 lub
|
|
|||||||||||||||||||||
|
Ostre cięcia rządu Leszka Millera Wiele wskazuje na to, iż najbliższe lata to będą „lata wyrzeczeń i trudów”. Niewątpliwie SLD był bardzo sprawny w opozycji za rządów Jerzego Buzka. Podważano wówczas zaufanie do przeprowadzanych reform ustrojowych, a krytyka była bezwzględna i brutalna. Rozbudzono duże oczekiwania i nadzieje społeczne na „lepsze jutro”. Po zdobyciu władzy 23 września 2001 r. okazało się, że rząd Leszka Millera nie ma pomysłu i programu na ożywienie gospodarki, uzdrowienie finansów publicznych, jak też na skuteczną walkę z bezrobociem.
Propagandowe exposé Exposé Leszka Millera obok wielu słusznych życzeń i postulatów (obniżenie bezrobocia, uzdrowienie rolnictwa, poprawa opieki zdrowotnej, wzmocnienie bezpieczeństwa) zawierało sporo demagogii i propagandy. Odwołanie się do roku 1989 było wielkim nadużyciem wobec 12 lat trudnej transformacji ustrojowej i ciężkiej pracy kilku demokratycznych rządów. Pominięcie jakichkolwiek pozytywnych działań 4 lat rządu Jerzego Buzka świadczyć może o arogancji i braku elementarnego obiektywizmu. To wyjątkowo zły przykład niskiej kultury politycznej i braku szacunku dla poprzedników. Nie było też prawdziwe stwierdzenie, że koalicja SLD-PSL pozostawiła państwo w 1997 roku w „należytym stanie”. Niestety wszystkie kluczowe reformy były odkładane na kolejne lata. W rządowym exposé zabrakło rzetelnej i pogłębionej analizy międzynarodowej sytuacji ekonomicznej. Wygląda na to, iż ekipa Millera nie dostrzegła zjawiska recesji gospodarczej w Europie i w świecie. A przecież malejące tempo wzrostu gospodarczego w USA, w Unii Europejskiej - a szczególnie w Niemczech (aż 2/3 wymiany handlowej z Polską) pogłębi trudności gospodarcze w naszym kraju. Wreszcie, wbrew deklaracjom, exposé Millera pogłębiło podziały polityczne w Polsce. Nie trzeba być prorokiem, aby przewidzieć, że sam rząd sobie nie poradzi z bezrobociem, ożywieniem gospodarki i ograniczeniem ubóstwa.
Mit kompetencji Dopóki politycy SLD byli w opozycji, chętnie mówili o fachowych i w podtekście bezpartyjnych rządach. Jednakże z chwilą zdobycia władzy w państwie okazało się, iż najlepsi fachowcy do rządzenia wywodzą się głównie z szeregów partyjnych SLD-UP. Co więcej, nawet służby specjalne muszą być upolitycznione, a pluralistyczna kontrola parlamentarna nie jest szczególnie ważna. Podjęto nawet próbę zablokowania nominacji ambasadorskich uzgodnionych pomiędzy premierem Buzkiem i prezydentem Kwaśniewskim. Prasa codzienna zaczęła informować o „karuzeli stanowisk” w administracji państwowej. W dzienniku „Rzeczpospolita” (15.11.2001) odnotowano: „Dyrektorzy generalni ministerstw, dyrektorzy departamentów i ich zastępcy, a nawet dyrektorzy biur - tak głęboko w niektórych resortach już teraz sięga wymiana urzędników prowadzona przez koalicję SLD-PSL-UP”. Z kolei likwidacja lub łączenie blisko 30 urzędów centralnych i agencji może spowodować zamieszanie kompetencyjne i niedowład państwa. Majstrowanie w machinie państwowej jest wielce ryzykowne. Z pewnością za to „przysłuży się” wymianie prezesów i zarządów wywodzących się jeszcze z rządu Jerzego Buzka. Słowem rozpoczęła się rewolucja kadrowa, a miało być przecież całkiem inaczej. Wiele wskazuje na to, iż ekipie rządowej Millera brakuje recepty na rozwiązanie podstawowych problemów współczesnej Polski. Budżet reperuje się drenażem pieniędzy od obywatela-podatnika. Tak zwana klasa średnia traktowana z góry może wkrótce znaleźć się na cenzurowanym miejscu - w roli dawnych spekulantów. Z kolei minister gospodarki nie ma programu na pobudzenie wzrostu gospodarczego, zaś minister pracy i polityki społecznej wydaje się być bezradnym wobec zjawiska dalszego wzrostu bezrobocia. Za to pani minister edukacji pozwala sobie na kolejne eksperymenty oświatowe. Nie możemy też być pewni, czy minister zdrowia będzie konsekwentnie zabiegał o większe środki finansowe na opiekę zdrowotną. Nie wiadomo również, w jakim stopniu bezpieczeństwo państwa i obywateli znajdzie się wśród priorytetów budżetowych na 2002 rok.
Cięcia budżetu 2001 roku Rząd Leszka Millera przystąpił ostro do cięcia tegorocznego budżetu. W rozporządzeniu Rady Ministrów z 23.10.2001 r. (Dziennik Ustaw 125) opublikowano wstrzymanie tegorocznych wydatków budżetowych w kwocie 8 457 059 tys. zł. Tak olbrzymie i bolesne cięcia budżetu były nie do pomyślenia za rządów Buzka. W tabelce obok przedstawiamy najważniejsze cięcia ekipy Millera. Te
cięcia budżetowe oznaczają bardzo negatywne skutki dla sfery społecznej,
szkolnictwa i ochrony zdrowia. Rząd w koalicji z PSL drastycznie obciął
nakłady budżetowe na rolnictwo i rozwój wsi. Ostre oszczędności w obronie
narodowej podważają wiarygodność polityki państwa. Równolegle rząd
Millera ograniczył wydatki Kancelarii Prezesa Rady Ministrów zaledwie o... 3/4
promila tj. o kwotę 6,3 mln zł. Analogicznie w administracji publicznej, tak
szeroko reklamowanej, wydatki budżetowe ścięto jedynie o... 9/10 promila tj.
o nieco ponad Niestety poważne oszczędności dotknęły też bezpośrednio budżet naszego województwa. Budżet wojewody pomorskiego pomniejszono o ponad 34 mln zł. Nadto Samorządowemu Kolegium Odwoławczemu w Gdańsku zabrano 75 tys. zł z bardzo szczupłego budżetu. O blisko 4 mln zł mniej otrzyma też Wyższa Szkoła Morska w Gdyni. Odnotować też należy cięcia budżetowe w gospodarce morskiej i gospodarce wodnej. Niższe nakłady finansowe oznaczają tutaj po prostu zagrożenie bezpieczeństwa przeciwpowodziowego.
Czas pokaże W okresie trudnej transformacji ustrojowej ekipie Millera dość łatwo udało się zdobyć władzę w państwie. Nie da się powiedzieć, że nastąpiło to w dobrym stylu, z zachowaniem reguł fair play. Jednostronna i tylko negatywna ocena czteroletnich rządów Jerzego Buzka, to uprawianie polityki w złym stylu i w dodatku na krótką metę. W państwie demokratycznym obowiązuje pewna kontynuacja zadań państwowych. Wydaje się również, iż każdy demokratyczny rząd III Rzeczypospolitej Polskiej zasługuje na pewien szacunek. W Polsce wciąż trzeba budować autorytet władzy państwowej. Od polityków rangi rządowej należy oczekiwać określonych standardów kultury politycznej. W polityce państwowej ważne są też dobre obyczaje. W tym kontekście warto przywołać rozważną wypowiedź Jerzego Buzka, który powiedział, że dobrze życzy rządowi Leszka Millera, bo dobrze życzy Polsce! Być może co 4 lata będą zmieniały się rządy w Polsce, a wiele istotnych problemów społeczno-gospodarczych będzie oczekiwało na mądre rozwiązania. W najbliższym 10-leciu nie będzie warunków do prostego i łatwego rządzenia. Zapaść cywilizacyjną i zadłużenie państwa po PRL będziemy odrabiali przez wiele lat. Tym razem nie da się tylko państwem administrować. Wiele wskazuje na to, iż rząd Millera postawił na polityczną konfrontację z dotychczasowymi rządami prawicowymi. Polskiej prawicy wciąż kroi się garnitur niekompetencji i nieudolności. Niedługo jednak nastąpi weryfikacja rzeczywistych zdolności do rządzenia koalicji SLD-UP-PSL. Wydaje się, że wielu obywateli dało wiarę nie tylko politycznemu zapewnieniu „tak być nie musi”, lecz przekonaniu, iż wkrótce będzie lepiej. Najlepiej dostrzec intencje i predyspozycje rządzących przy ustawach budżetowych. Jan Kulas
I stało się - po wyborach 23 września Polska przeistoczyła się w kraj powszechnej szczęśliwości. Poniżej przedstawiamy pierwsze gruszki wyhodowane na wierzbie przez Leszka Millera:
n Postkomuniści postanowili przywrócić normalność w służbach specjalnych. Jedną z pierwszych decyzji podjętych przez Millera była wymiana szefów UOP-u, Służby Granicznej, Komendy Głównej Policji. Pod pretekstem reformy SLD przeprowadza czystki w służbach specjalnych. Opcja zerowa w wykonaniu postkomunistów polega na powrocie do służby byłych esbeków. cdn. (mk)
Rozmowa z Januszem Śniadkiem, przewodniczącym Społecznego Komitetu Budowy Pomników Ofiar Grudnia ’70 w Gdyni - Jak doszło do powstania Społecznego Komitetu Budowy Pomników w Gdyni? - Już w trakcie strajku w Stoczni Gdańskiej rodził się pomysł budowy pomnika Poległych Stoczniowców. Podobnie było w Gdyni. Natychmiast po podpisaniu porozumień sierpniowych, kiedy powstawały komisje zakładowe, oddelegowano z nich kilkadziesiąt osób, które utworzyły gdyński komitet. Działał on w oparciu o bardzo prosty statut, w którym zapisano główny cel, a mianowicie uczczenie pamięci ofiar grudniowej zbrodni poprzez ustawienie tablicy pamiątkowej przy przystanku Gdynia Stocznia oraz wzniesienie pomnika przy Urzędzie Miejskim w Gdyni. - Kiedy rozpoczęto pracę przy budowie pomnika w Gdyni? - Już w grudniu 1980 roku w Gdańsku wzniesiono pomnik Poległych Stoczniowców. Natomiast 17 grudnia tego samego roku odsłonięto pamiątkową tablicę przy przystanku kolejki SKM Gdynia Stocznia. Od tamtego czasu w rocznicę grudniowej zbrodni o 6.00 rano w tym miejscu odbywają się uroczystości upamiętniające ofiary tamtych wydarzeń. W tym samym czasie rozpoczęto przygotowania do budowy pomnika przy Urzędzie Miejskim w Gdyni. W wyniku ogłoszenia konkursu na projekt pomnika zebrano kilkadziesiąt prac. Z powodu wprowadzenia stanu wojennego konkurs nie został rozstrzygnięty. Złożone projekty uległy zniszczeniu. Na szczęście przed wprowadzeniem stanu wojennego, w sierpniu 1981 przy Urzędzie Miasta stanął drewniany krzyż i obelisk ze słowami „Tu stanie pomnik”. W tamtym okresie zebrano bardzo pokaźną, jak na ówczesne czasy, kwotę 1 mln zł na sfinansowanie budowy tego pomnika. Pieniądze oraz szereg pamiątek i dokumentów zostały skonfiskowane w czasie stanu wojennego. - Jak wyglądała działalność komitetu po 1989 roku? - Wraz z odradzaniem się „Solidarności” reaktywowano również Społeczny Komitet Budowy Pomników w Gdyni. Naszym podstawowym celem było odzyskanie dokumentacji komitetu, pozyskanie projektu pomnika oraz środków na jego budowę. W tamtym czasie odblokowano nam konto bankowe, ale z kwotą nominalnie równą tej, która została skonfiskowana w stanie wojennym. To stanowiło jedynie niewielki ułamek rzeczywistej wartości środków z chwili wprowadzenia stanu wojennego. Podjęliśmy więc działania poprzez społeczną komisję rewindykacyjną, aby środki te zostały zrewaloryzowane. Udało się to dopiero w 1997 roku przy okazji nowelizacji ustawy. Od 1989 roku trwały także prace nad pomnikiem Ofiar Grudnia’70 w Gdyni. Komitet miał bardzo duże oparcie w Komisji Zakładowej Stoczni Gdynia. W 1993 roku sytuacja wyglądała nie najlepiej. Nie mieliśmy środków na budowę pomnika, nie mogliśmy liczyć na rewindykację, a co gorsza w dalszym ciągu nie było projektu pomnika. W czerwcu tego roku postanowiliśmy zlecić Ryszardowi Semce, członkowi komitetu, przygotowanie projektu. 7 września w obecności przedstawicieli dyrekcji Stoczni Gdynia oraz Urzędu Miasta został przedstawiony drewniany model pomnika. Miasto deklarowało jedynie pewną pomoc przy sfinansowaniu budowy. Dyrekcja Stoczni Gdynia także obiecywała pomoc. I wtedy, mimo braku jakichkolwiek środków, jedynie dzięki dobrej woli i deklaracji kilkunastu osób, zapadła decyzja o budowie pomnika. W przeciągu niespełna trzech miesięcy przy Urzędzie Miasta w Gdyni stanął pomnik Poległych Stoczniowców. - Czy budowa pomnika to jedyna sprawa, wokół której skupiała się aktywność komitetu? - Oczywiście że nie. Niezależnie od budowy pomnika angażowaliśmy się niesłychanie w kwestię procesu przeciwko sprawcom tej zbrodni. W 1993 roku zorganizowaliśmy manifestację w Warszawie, domagając się nieprzedawniania tamtych zbrodni. W 1997 roku otrzymaliśmy z rewindykacji zrewaloryzowane kwoty pieniędzy. Pomnik był zbudowany i narodziło się pytanie, co z tymi pieniędzmi zrobić. Pomnik zbudowano w 1993 r. dzięki hojności wielu środowisk. Czuliśmy się mocno zobowiązani tamtą sytuacją. Dlatego postanowiliśmy przeznaczyć pieniądze na cele społeczne. W Sanktuarium Maryjnym koło Starachowic jest golgota poświęcona różnym wydarzeniom z historii Polski. Wśród nich jest także kaplica poświęcona ofiarom Grudnia’70. Dlatego po otrzymaniu tych środków przeznaczyliśmy pewną kwotę na budowę wioski dzieci niepełnosprawnych, która znajduje się w pobliżu sanktuarium. Część pieniędzy przekazaliśmy także na budowę pomnika ks. Jerzego Popiełuszki na tamie we Włocławku. Zakupiliśmy tomokomputer do szpitala miejskiego w Gdyni. Tego samego, w którym ratowano poszkodowanych w czasie wydarzeń grudniowych. Dofinansowaliśmy wydanie dwóch książek poświęconych Grudniowi. I co chyba najważniejsze - dotarliśmy do wszystkich rodzin ofiar Grudnia z Gdyni i pomogliśmy w sfinansowaniu odnowienia pomników na cmentarzach. - Komitet spełnił swoje zadanie, pomniki zostały zbudowane. Czy istnieją jakieś plany na przyszłość związane z działalnością komitetu? - Formalnie z chwilą zbudowania pomników komitet powinien się rozwiązać. Nasza aktywność praktycznie ustała. W ubiegłym roku podczas rocznicowych uroczystości przed pomnikiem złożyliśmy sprawozdanie z naszej działalności. Być może w jakiejś formule honorowej ten komitet będzie trwał. Na pewno zadaniem na przyszłość dla nas wszystkich, nie tylko dla komitetu, jest zachowanie pamięci o Grudniu ’70 i doprowadzenie do osądzenia osób winnych tamtych zbrodni. Rozmawiała Marta Pióro III Forum Samorządowe Ruchu Społecznego AWS Polityka prorodzinna 24 listopada br. odbyło się III Forum Samorządowe Ruchu Społecznego AWS. Warto przypomnieć, iż na poprzednim forum debatowano nad problemami bezrobocia i aktywności gospodarczej oraz nad realizacją reformy służby zdrowia. Tym razem przedmiotem dyskusji stała się polityka prorodzinna samorządu terytorialnego. Otwarcia III Forum Samorządowego RS AWS dokonał regionalny lider RS Jacek Rybicki. Przedstawił on prawicową wizję państwa, w której rodzina jest podstawowym podmiotem życia publicznego. Forum poświęcone polityce prorodzinnej państwa przygotował i poprowadził wiceprezydent Gdyni Jerzy Miotke. Uczestnicy forum wysłuchali dwóch prelekcji autorstwa Antoniego Szymańskiego i dr. Janusza Erenca. Następnie przedstawiciele Wejherowa, Malborka i Gdyni zreferowali przebieg konkretnych inicjatyw prorodzinnych w swoich społecznościach lokalnych. Przez kilkadziesiąt minut toczyła się ożywiona dyskusja nad wygłoszonymi referatami. Na zakończenie III Forum jego uczestnicy zajęli stanowisko w sprawie konieczności kontynuacji i obrony polityki prorodzinnej. Jan Kulas Kończy
się trudny rok. Rok nadziei i rok porażek. Zmieniła się sytuacja polityczna,
co w sposób wyraźny wpłynęło także na możliwości realizowania swych
zadań przez „Solidarność”. Propozycje zmian podatkowych, zmiany w
budżecie i inne zapowiadane przez rząd decyzje niestety nie wróżą nic
dobrego. Jest trudno, ale nic nie wskazuje, że w najbliższym czasie warunki
życia ulegną poprawie. Kolejne afery, którymi rządzący ubarwiają nasze
życie, są może i ciekawe dla mediów, ale nie dla zwykłych śmiertelników.
Majstrowanie Rozpoczynające
się w Związku wybory na nową kadencję także dają nadzieję, że nasze
struktury wzmocnią nowi działacze - rzutcy, otwarci, pełni inicjatywy. Równocześnie
mamy szansę, i musimy z niej skorzystać, aby pozbyć się pewnej cechy, która
utrudniała, a często nawet uniemożliwiała nasze działanie. Jest to podział
na my i oni. My to ci, którzy wybierają i są tak zwanymi „dołami”.
Oni - to ci wybrani, którzy oderwali się od „dołów” i nie mają
pojęcia, co się w Związku dzieje. I nie dotyczy to jedynie osób ze szczebla
krajowego czy regionalnego. To także odnosi się do zakładów pracy. Podział
na my i oni zaczyna się bowiem już od pierwszych wyborów na najniższym
szczeblu. Rozwiązania, które są zawarte w naszym prawie wyborczym, są pod tym względem najlepsze, jeśli je porównać z prawem wyborczym dotyczącym samorządów, parlamentu czy innych organizacji. Korzystajmy z nich, lecz jeśli już dokonaliśmy wyboru, to utożsamiajmy się z wybranymi. Prawo wybierania to także nasz związkowy obowiązek. Wszak to wybrani podejmują w naszym imieniu ważne dla wszystkich decyzje. I jest istotne, aby te decyzje były zgodne z naszymi oczekiwaniami i potrzebami. Wydaje się, że nie warto o tym wspominać, że jest to oczywiste dla każdego. Niestety doświadczenie pokazuje, że często o tym zapominamy i rodzi to nie tylko konflikty, ale także paraliżuje nasze działania. A sytuacja społeczna, gospodarcza i polityczna, w jakiej się znaleźliśmy, wręcz zmusza nas do tego. Bo razem i tylko razem możemy bronić interesów swoich i naszych rodzin. I tej jeszcze bardziej wzmocnionej solidarności życzę wszystkim z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku. Bogdan Olszewski
Wojsko nieposłuszne generałom Kwestia okoliczności towarzyszących podjęciu decyzji o użyciu broni palnej przez wojsko i milicję w Grudniu’ 70, trzydzieści lat po wydaniu rozkazów wciąż pozostaje kontrowersyjna. Żadnemu generałowi wojska ani milicji nie starczyło odwagi, by publicznie przyznać: - Tak, to ja wydałem rozkaz wyprowadzenia pododdziałów na ulice zrewoltowanych miast Wybrzeża, poleciłem wydać ostrą amunicję i strzelać z broni palnej do manifestantów. Wciąż brak odpowiedzi na pytania, w jaki sposób rodziła się decyzja o użyciu wojska przeciwko strajkującym robotnikam i czy została ona wydana zgodnie z obowiązującym stanem prawnym. Nie wiadomo również, kto wydawał rozkazy strzelania. Autorzy Sprawozdania Komisji powołanej przez Biuro Polityczne Komitetu Centralnego PZPR dla zbadania niektórych kwestii szczegółowych związanych z wydarzeniami grudniowymi 1970 roku, nie mieli wątpliwości. W sprawie podjęcia decyzji o skierowaniu do miast Wybrzeża pododdziałów wojska wyposażonego w ostrą amunicję bojową, wykluczyli działalność kolektywną. Pierwszoplanową rolę decydenta, a zarazem winnego skutków i konsekwencji użycia brani palnej wyznaczyli Władysławowi Gomułce. Kluczowa, wedle ustaleń Komisji, miała być narada w gabinecie Gomułki rozpoczęta 15 grudnia 1970 roku o godzinie dziewiątej. W naradzie uczestniczyli prominenci najwyższej rangi partyjnej i rządowej: Marian Spychalski, marszałek WP i przewodniczący Rady Państwa; Józef Cyrankiewicz, premier Rządu PRL; sekretarze Komitetu Centralnego PZPR Mieczysław Moczar, Ryszard Strzelecki i Bolesław Jaszczuk. Ponadto gremium uzupełniali: Stanisław Kania, kierownik Wydziału Administracyjnego KC oraz generałowie - Wojciech Jaruzelski, minister obrony narodowej; Kazimierz Świtała, minister spraw wewnętrznych i Tadeusz Pietrzak, komendant główny MO, wiceminister spraw wewnętrznych. Komisja uznała, że wymienieni uczestnicy narady występowali w roli statystów: W istocie rzeczy miał bowiem miejsce (...) akt podjęcia przez b. I sekretarza KC, bez przedyskutowania tej sprawy na posiedzeniu Biura Politycznego, jednoosobowej decyzji w sprawach państwowej wagi... Statyści mieli być zdyscyplinowani. Bezwolni, a może nawet ubezwłasnowolnieni. Głównie milczeli. Najwyżej aprobująco potakiwali. Wszyscy uczestnicy narady, jak na rozkaz, wręcz szablonowo powtarzali, że dyskusji na temat skierowania do Gdańska wojska i użycia broni palnej nie było. Nadzwyczaj zgodnie powtarzali, że Gomułka decyzję podjął jednoosobowo. Podkreślali również, że nie było, bo nie mogło być żadnych zastrzeżeń natury formalnoprawnej, bowiem decyzje podjęły osoby piastujące najwyższe stanowiska w państwie. (...) Udokumentowaną egzemplifikację omawianej porannej narady przywódców partii i państwa w gabinecie genseka, przynosi oficjalna Notatka z decyzji Kierownictwa Partii. Sporządził ją płk Stanisław Kończewicz, od 1968 roku do maja 1971 roku dyrektor Gabinetu Ministra Spraw Wewnętrznych: Na posiedzeniu powzięto następujące decyzje:
Ponadto polecono:
Minister Obrony Narodowej otrzymał polecenie podciągnąć jednostki wojskowe i umieścić je w określonych punktach - dla blokowania dojścia. Cytowany dokument, wedle autora, przygotowany został tuż po opisywanym zdarzeniu w gabinecie wiceministra Pietrzaka. Inicjatywa sporządzenia tej notatki wynikła z dyspozycji ministrów Świtały i Pietrzaka, po ich powrocie z posiedzenia w KC PZPR. W mojej ocenie była to asekuracja z ich strony. Mogli oni przecież sami sporządzić notatki lub notatkę z tego spotkania. Notatka powstała wyłącznie na podstawie ich relacji ustnej. Nie dysponowali oni żadnymi materiałami pomocniczymi w postaci notatek z posiedzenia lub innych środków audiowizualnych. Notatka {..) została zabrana przez któregoś z ministrów. Uwagę zwraca nade wszystko wyeksponowane przeze mnie sformułowanie dookreślające, że podczas narady „powzięto decyzje”... Zatem - zespołowo. W cytowanym dokumencie brak informacji o jednoosobowej decyzji pierwszego sekretarza. Czyżby nastąpiło przeoczenie autora Notatki, notabene doświadczonego, legitymującego się wówczas ponaddwudziestoletnim stażem pracy w organach bezpieczeństwa? Członkowie Komisji Władysława Kruczka przeoczyli, albo raczej celowo pominęli Notatkę Kończewicza, chociaż jej treść ma kapitalne znaczenie dla oceny zdarzeń. Dlaczego gremium to zbagatelizowało ten dokument? Odpowiedź nie wydaje się trudna. Celem Kruczkowego zespołu w istocie nie było uchylenie kulisów ani ujawnienie prawdy o Grudniu ’70. Broń Boże! Kruczek i współtowarzysze otrzymali zadanie przygotowania takiej treści dokumentu, sformułowanie takich ocen i wniosków, by odium odpowiedzialności, a zwłaszcza winy, jak najdalej odsunąć od pogrudniowego kierownictwa z Edwardem Gierkiem na stanowisku pierwszego sekretarza KC PZPR. Gomułka od początku nie zgadzał się z ustaleniami Komisji Kruczka, zwracając uwagę, że w czasie narady decyzje podejmowano kolegialnie. Swój punkt widzenia przedstawił już w liście adresowanym do VIII Plenum KC z 6 lutego 1971 roku. Dostarczoną mu partyjną ocenę wydarzeń grudniowych uznał za opaczną i niezgodną z prawdą: W szczególności nie odpowiada prawdzie, jakoby decyzja o użyciu broni została podjęta jednoosobowo przeze mnie. Decyzja ta została podjęta kolektywnie przy udziale tow. Cyrankiewicza, Spychalskiego, Moczara i innych członków kierownictwa, po zreferowaniu sytuacji w Gdańsku przez b. Ministra Spraw Wewnętrznych tow. Świtałę i tow. Moczara. Z przedstawionego obrazu wynikało, że w starciach z demonstrantami zostało zabitych dwóch funkcjonariuszy Milicji ( w tym 1 zlinczowany), a kilkudziesięciu milicjantów zostało rannych. Tłum miał szturmować gmach Komendy Wojewódzkiej MO, który został podpalony. Na zapytanie odnośnie użycia gazów łzawiących padła odpowiedź, że gazów już zabrakło, oraz że zostaną dostarczone z rezerw innych Komend Wojewódzkich. Na pytanie, dlaczego milicja nie użyła broni własnej, padła odpowiedź (tow. Świtaly i tow. Pietrzaka), że „nie było decyzji politycznej”. Na zapytanie, czy Komendy MO posiadają instrukcje Ministerstwa, w jakich okolicznościach mają prawo użycia broni - nie otrzymałem odpowiedzi. Instrukcji takiej MSW nigdy nie opracowało i nie wydało. W tej sytuacji zająłem stanowisko, że w obliczu brutalnego gwałcenia porządku publicznego, masakrowania milicjantów, palenia gmachów publicznych itp. należy użyć broni wobec napastników, przy czym strzelać należy w nogi. Nikt z obecnych nie wysunął jakichkolwiek zastrzeżeń. (...) W trakcie posiedzenia i bezpośrednio po posiedzeniu przyszły informacje, że tłum oblega gmach KW Partii w Gdańsku, że gmach ten się pali, wewnątrz zaś znajdują się żołnierze KBW oraz pracownicy. Za chwilę komunikuje mi tow. Cyrankiewicz (który odebrał telefon), że żołnierze znajdujący się wewnątrz palącego się gmachu KW chcą rzucić w ogień amunicję i opuścić palący się gmach wraz z pracownikami. Wówczas wyraziłem pogląd, żeby zastosować wobec tłumu gazy łzawiące rozprowadzane przy pomocy helikopterów. Tow. Cyrankiewicz przedłożył tę propozycję tow. Jaruzelskiemu, do którego jednocześnie się zwrócił o polecenie jednostce wojskowej stacjonującej w Gdańsku przyjścia z pomocą oblężonym w gmachu KW. Odrzuciłem propozycję przekazaną mi przez tow. Cyrankiewicza, aby dla rozpędzenia tłumu użyć samolotów ponaddźwiękowych, które miały nad tłumem przebijać barierę dźwięku. Wychodziłem bowiem z założenia, że pociągnie to za sobą masowe wysadzanie i rozbicie okien. Z informacji MSW o wydarzeniach w Gdańsku wysunąłem wniosek, że są one niepełne i niedokładne. W związku z tym, a także wobec podjęcia decyzji o przesunięciu do Gdańska jednostek wojskowych (dywizji) z Elbląga i Koszalina, zaproponowałem powołanie w Gdańsku ośrodka polityczno-operacyjnego (...) Ośrodek ten miał za zadanie opracować skoordynowany plan działania, podejmować decyzje we własnym zakresie odnośnie wszystkich spraw dotyczących sytuacji w Gdańsku łącznie z użyciem broni i udzielać Władzom Centralnym sprawdzonych informacji. Dla udzielenia pomocy temu ośrodkowi, zwłaszcza przy opracowywaniu planu działań wojska i MO, udał się do Gdańska szef sztabu generalnego WP gen. Chocha, który wraz z Ministrem Jaruzelskim oraz Ministrem Świtałą brał udział w posiedzeniu członków Biura i Sekretariatu, na którym ośrodek ten na moją propozycję został powołany. (...) Użycie wojska było koniecznością. Ale nie ja byłem inicjatorem wezwania wojska do Gdańska. (...) Władysław Gomułka - ze względu na aktualną niedyspozycję zdrowotną - prosił członków Plenum Komitetu Centralnego o prolongatę terminu umożliwienia mu ustosunkowania się do „innych bezpodstawnych zarzutów”, skierowanych przeciwko niemu w dokumencie partyjnym rozesłanym członkom KC. W tonie dramatycznym apelował: Oskarżony ma prawo do obrony. Wyrok nie może być wydany bez wysłuchania oskarżonego. Dramatyczna w tonie prośba sześćdziesięcioletniego, schorowanego „starego komunisty” wśród młodszych współtowarzyszy partyjnych z nowego Biura Politycznego i Komitetu Centralnego PZPR - nie znalazła zrozumienia, jakiego Gomułka miał prawo oczekiwać. Oni już mieli inne plany. Gensek został zmarginalizowany. Nie tylko odsunięty na boczny tor, lecz również wykreowany na głównego oskarżonego. 7 lutego 1971 roku członkowie Plenum KC, lasem podniesionych w górę rąk, przegłosowali zawieszenie niedawnego niekwestionowanego przywódcę w prawach członka Komitetu. Zbigniew Branach fragment
przygotowywanej Nie dać się złamać Dzień 13 grudnia 1981 roku wszystkim tym, którzy go przeżyli, kojarzy się nieodmiennie z sylwetkami wojskowych transporterów na białym śniegu, brakiem teleranka oraz Jaruzelskim w telewizji. Niestety, wielu tysiącom osób ten dzień kojarzy się także z początkiem wielomiesięcznego odosobnienia w obozach dla internowanych. Postanowiliśmy porozmawiać w osobami, których spotkał taki los i dowiedzieć się, jak radzili sobie z trudną codziennością w obozach. Z pewnością najcięższe były pierwsze chwile.
Na Sybir! Ci, których ludowa władza umieściła na listach osób przeznaczonych do wyizolowania ze społeczeństwa, trafiali do obozów rozmaitymi drogami. Większość milicja zaskoczyła w domach już 12 grudnia. Niemal cała Komisja Krajowa „Solidarności”, obradująca wówczas w Gdańsku, została zgarnięta za jednym zamachem. - Na początku nikt nic nie wiedział. Tak naprawdę nie mieliśmy pojęcia o tym, że nasz protest przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego jest nielegalny, co potem nam zarzucano. Przecież akty wykonawcze ukazały się dopiero po 17 grudnia - mówi Stanisław Fudakowski, w 1981 roku członek prezydium i członek działu interwencji w ZRG „S”, 13 grudnia przewodniczący strajku regionalnego w Stoczni Gdańskiej. Przez
pierwsze dni po uwięzieniu też nie wiedziano zupełnie co się dzieje.
Zamknięci w niewielkim areszcie w Pruszczu Gdańskim, gdzie zwożono wszystkich
internowanych z Gdańska, działacze „S” mogli jedynie domyślać
się, że nastąpiło to, czego Polacy domyślali się już od jakiegoś czasu -
władza w końcu wybrała rozwiązanie siłowe. Nikt z nich nie wiedział, czy
jest oskarżony i o co. Dopiero po świętach Bożego Narodzenia zaczęto
przedstawiać internowanym dokumenty, na podstawie których dokonano
aresztowania. Internowanych w Starogardzie Gdańskim stopniowo wywożono
więźniarkami ze straszliwie przepełnionych cel.
Zimno, tłok i kiepskie żarcie Na szczęście ponure żarty nie sprawdziły się, jednak w większości obozów internowanych warunki nie były zapewne wiele lepsze od tych, jakich internowani mogli spodziewać się na Syberii. Przepełnione do granic cele, ciągłe rzekome awarie ogrzewania i fatalne jedzenie. - Tak naprawdę to chyba mało kto jadł to, czym nas tam raczono - mówi Zdzisław Złotkowski, w 1981 roku członek prezydium ZRG odpowiedzialny za dział informacji. Obozy, których było ok. 50 (ich listę publikujemy obok; okazuje się jednak, że dzisiaj nie można podać ich dokładnej liczby, nikt nie dysponuje pełnymi danymi - w dodatku część obozów miała charakter przejściowy, niektóre zaś były zwykłymi więzieniami, w których przez pewien tylko czas przebywali internowani), mimo wielu różnic miały jedno wspólne - niejadalne wręcz jedzenie.
Jak w więzieniu Atmosfera typowo więzienna dawała się odczuć już na samym początku. - Kiedy przewieziono nas do Strzebielinka, od samochodów do budynków byliśmy prowadzeni w szpalerze zomowców w pełnym uzbrojeniu, z psami. Na miejscu zrobiono nam zdjęcia do kartotek więziennych i pobrano odciski palców - mówi Złotkowski. Bogusław Gołąb do dzisiaj przechowuje na pamiątkę więzienny pasiak, bo tak kazano ubierać się internowanym w Iławie. - Oczywiście nie robiliśmy tego, co początkowo spotykało się z represjami ze strony strażników - mówi obecny szef archiwum ZRG „S”. Warunki tuż po osadzeniu internowanych w obozach praktycznie w ogóle nie różniły się od tych, jakie panowały w tamtym okresie w zwyczajnych więzieniach, w których siedzieli więźniowie kryminalni. - To było normalne, że była poranna inspekcja celi, łóżka trzeba było zaścielić i to w pewien szczególny, zgodny z przepisami sposób, a pościel złożyć w kostkę - mówią internowani. W oknach poza kratami znajdowała się drobna siatka i zaciemniająca blenda, uniemożliwiająca praktycznie wszelki kontakt ze światem zewnętrznym. - Protestowaliśmy przeciwko temu, tłumacząc, że nie jesteśmy przecież więźniami, nie przedstawiono nam żadnych zarzutów ani dokumentów. Najgorszy pod względem rygoru był okres od 13 grudnia do świąt. Szczególną uwagę zwracano wówczas na izolowanie cel od siebie - opowiadają internowani. Później władza jakby zaczęła zastanawiać się nad tym, co zrobiła i co począć dalej.
Władza się zastanawia Warunki uległy nieco polepszeniu dopiero na wiosnę 1982 roku. Postawa klawiszy zmieniała się dopiero po wizytach w niektórych obozach przedstawicieli Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, a także po interwencjach biskupów - mówi Zdzisław Złotkowski, który był więziony w Strzebielinku. W wielu ośrodkach powstały wtedy kaplice, sukcesywnie zaczynały być odprawiane msze, księża słuchali spowiedzi. Co pewien czas, zwłaszcza kiedy internowani przebywali na spacerze, robiono dokładne rewizje w celach by sprawdzić, czy nie przechowują oni jakichś zakazanych regulaminem, przemyconych z zewnątrz rzeczy - np. radioodbiorników. Internowani podejrzewają, że w niektórych obozach w celach mogły znajdować się podsłuchy. - Zdarzało się, że niespodziewanie do celi wpadała tzw. antanta, czyli grupa uzbrojonych klawiszy z psami i robiła istny kipisz w celi - opowiada Bogusław Gołąb. Stanisław Fudakowski został natomiast umieszczony w prawdziwym więzieniu. Tu warunki były typowo więzienne niemalże do końca odbywania kary, czyli grubo ponad rok - spacerniak, wypiski, przebywanie wyłącznie w celi, żadnej swobody, rygorystyczne stosowanie sankcji za każde najdrobniejsze przekroczenie regulaminu więziennego. Dawni
internowani ubolewają nad tym, że w powszechnej świadomości obozy, w których
zostali uwięzieni, jawią się jako swoiste ośrodki wypoczynkowe czy hotele, w
których istniała duża swoboda i niemal luksusowe warunki. Niewykluczone, że
przyczyniło się do tego powszechnie używane określenie „internaty”.
Swobodę osadzeni musieli sobie po prostu wywalczyć. W następnym numerze opowiemy, jak starano się tego dokonywać. Jarosław Wierzchołowski
Lista sporządzona na podstawie zarządzenia ministra spraw wewnętrznych Sylwestra zawadzkiego o utworzeniu ośrodków odosobnienia. |
||||||||||||||||||||||
|
|
||||||||||||||||||||||
|
Powrót do spisu treści | Strona główna ZR |Strona główna Magazynu | Archiwum „Magazynu” | |
||||||||||||||||||||||