Witamy na stronach Zarządu Regionu Gdańskiego NSZZ "Solidarność"!

WITAMY NA STRONACH „MAGAZYNU SOLIDARNOŚĆ” ON-LINE

Lewki gdańskie (r) Logo "Solidarności" (r)

 Zarząd Regionu Gdańskiego NSZZ „Solidarność”

 

 

 

© Copyright
by „Magazyn Solidarność” 200
4

 

Przy wykorzystywaniu naszych tekstów uprzejmie prosimy 
o podanie źródła

 

Mieścimy się w budynku „Solidarności” w Gdańsku, 
ul. Wały Piastowskie 24, 
pok. 112, 114

Nasz tel: 

(0-58) 301-71-21, 

((0-58) 308-42-72

dla użytkowników sieci IDEA:
502 443 149 wew. 4272

lub

 

Magazyn Solidarność on-line – 2 (luty) 2004

Gdynia

Dwie  rocznice

10 lutego br. mija 84 rocznica zaślubin Polski z Bałtykiem oraz 78 rocznica nadania praw miejskich Gdyni. Przypomnijmy, że uroczystość zaślubin miała miejsce 10 lutego 1920 roku w Pucku. Dokonał jej, przez wrzucenie do morza pierścienia podarowanego przez społeczność polską Gdańska, gen. Józef Haller, dowódca frontu pomorskiego. Dowodził oddziałami Wojska Polskiego, które przejęły zimą tę część Pomorza, bez Gdańska,  przyznaną traktatem wersalskim w 1919 r. Był to obszar ciągnący się od Bydgoszczy i Torunia na północ wzdłuż Wisły po Tczew i dalej do Pucka i Helu. Gdańsk, jak wiadomo, został Wolnym Miastem.

W maju 1920 r. specjalna komisja Departamentu Spraw Morskich przy Ministerstwie Spraw Wojskowych pod przewodnictwem inż. Tadeusza Wendy, przeprowadzając lustrację małego skrawka polskiego wybrzeża, uznała obszar między Oksywiem a Gdynią za najodpowiedniejsze miejsce dla budowy portu. Tego roku jeszcze rozpoczęła działalność Państwowa Szkoła Morska w Tczewie, podniesiono banderę na pierwszym okręcie wojennym ORP „Pomorzanin”, dwa bataliony Marynarki Wojennej wzięły udział w odparciu agresji bolszewickiej na Polskę walcząc daleko od Bałtyku. Powstało też Towarzystwo Kąpieli Morskich w Gdyni, a lato tamtego roku znany pisarz Stefan Żeromski, propagator spraw morskich, spędził w Orłowie. Dom, w którym mieszkał, zachował się do dziś.

Natomiast 10 lutego 1926 r. rozporządzeniem Rady Ministrów nadane zostały wsi Gdynia prawa miejskie. Akt nadania  wręczony został 26 kwietnia tegoż roku przez ówczesnego wojewodę pomorskiego Stanisława Wackowiaka. W tym czasie trwała już budowa portu handlowego i wojennego, przy nowym kościele NMP Królowej Polski została erygowana pierwsza parafia, powstało przedsiębiorstwo morskie floty handlowej Żegluga Polska, zbudowano nowy dworzec kolejowy, uruchomiono pierwsze kino. Liczba mieszkańców miasta wynosiła 12 tys. osób.

Aleksander Ali Miśkiewicz


Rok ks. Jerzego

Komisja Krajowa „S” na posiedzeniu 12 stycznia br. ogłosiła  rok 2004 Rokiem ks. Jerzego Popiełuszki

Uchwała KK nr 1/04

ws. Roku Księdza Jerzego Popiełuszki

Komisja Krajowa NSZZ „Solidarność” ogłasza rok 2004 Rokiem Księdza Jerzego Popiełuszki. Niech ten czas, w którym przeżywać będziemy XX rocznicę Jego męczeńskiej śmierci, stanie się dla nas okresem szczególnej refleksji i powrotu do wartości, o których nauczał nas kapelan „Solidarności”.

Niech wszystkie nasze działania, które podejmować będziemy w czasach tak trudnych dla świata pracy, oparte będą na apostolskim wezwaniu Sługi Bożego Księdza Jerzego: Zło dobrem zwyciężaj.


Ludzie „Solidarności”. Lech Bądkowski

Pierwszy rzecznik „Solidarności”

czytaj tutaj


15 rocznica Okrągłego Stołu

Kontrowersyjny mebel

W rozmowach Okrągłego Stołu, które odbyły się 15 lat temu, uczestniczyli przedstawiciele PZPR oraz opozycji demokratycznej, związanej przede wszystkim ze zdelegalizowaną jeszcze wtedy „Solidarnością”. Owocem tych negocjacji było wiele zmian politycznych, społecznych i gospodarczych, które rozpoczęły się w 1989 r. w Polsce.

Powodem rozpoczęcia przygotowań do Okrągłego Stołu był swoisty pat polityczny i społeczny, jaki nastąpił po zniesieniu stanu wojennego. Opozycja była słaba, Lech Wałęsa był już tylko symbolem  zwycięstwa nad reżimem w Sierpniu 1980 r. Działania przeciwników ustroju socjalistycznego ogniskowały się głównie w kościołach i salkach parafialnych. Polska, wyobcowana na światowej arenie politycznej z powodu represji, jakich doznało społeczeństwo w czasie stanu wojennego, była na krawędzi krachu gospodarczego. Panował marazm i brak nadziei na jakiekolwiek zmiany.

 

Ostatki PRL-u

W drugiej połowie lat 80. w ZSRR dochodzi do władzy Michaił Gorbaczow, który zaczął wprowadzać zmiany w funkcjonowaniu państwa sowieckiego. 

Nastroje społeczne w naszym kraju zwiastowały bliski wybuch. W 1988 r. przez kraj przetoczyła się fala strajków. Władze tłumiły je siłą, używając do tego milicji. Jednak najwyżsi przywódcy państwowi zdawali sobie sprawę, że dłużej już nie dadzą rady. 13 czerwca 1988 r. gen. Wojciech Jaruzelski na posiedzeniu plenum KC PZPR wystosował zaproszenie do różnych środowisk społecznych, które są zainteresowane pluralizmem  w życiu politycznym. Te same słowa powtórzy w sierpniu tego roku w wystąpieniu telewizyjnym Czesław Kiszczak, minister spraw wewnętrznych.

 

Przy stole

Opozycja demokratyczna skupiona wokół Lecha Wałęsy doszła do wniosku, że jest to szansa na zdemokratyzowanie życia w Polsce. Zaproszenie zostało przyjęte. Odbyło się wiele spotkań Andrzeja Stelmachowskiego i Władysława Siły-Nowickiego, reprezentujących opozycję, ze Stanisławem Cioskiem i Czesławem Kiszczakiem. Rozmowy wstępne były trudne i często trwały bardzo długo. Pośredniczyli w nich przedstawiciele Episkopatu Polski. Poważnym zgrzytem były sprawy personalne. Władza nie chciała początkowo zgodzić się na uczestnictwo w nich Adama Michnika i Jacka Kuronia. Także w łonie samej PZPR było wiele wątpliwości, co do celowości rozmów z opozycją. W styczniu 1989 r. odbyło się posiedzenie KC PZPR, na którym dymisją zagrozili w razie braku decyzji na Okrągły Stół Wojciech Jaruzelski, Czesław Kiszczak, Florian Siwicki oraz Mieczysław Rakowski. Wreszcie 6 lutego w Pałacu Namiestnikowskim w Warszawie rozpoczęły się obrady.

 

Demokratyzacja

Rozmowy toczyły się zarówno przy głównym stole, jak i przy tzw. podstolikach i grupach roboczych. Omawiano wszystkie najważniejsze aspekty życia politycznego, gospodarczego oraz społecznego w kraju. Istniały zespoły do spraw zmian w ordynacji wyborczej do parlamentu, zmian w stosunkach własnościowych. Były komisje do spraw pluralizmu związkowego, przekształceń w rolnictwie,  wolności mediów. Zajmowano się także ekologią i kodeksem pracy.

Uczestnikami ze strony opozycji byli m.in. Lech Wałęsa, Zbigniew Bujak, Władysław Frasyniuk, Bronisław Geremek, Jacek Kuroń, Tadeusz Mazowiecki, Adam Michnik, Jerzy Turowicz. Stronę rządową reprezentowali m.in.: Czesław Kiszczak, Stanisław Ciosek, Leszek Miller, Aleksander Kwaśniewski. Obrady trwały do 5 kwietnia 1989 r. Zakończyły się podpisaniem porozumienia, w którym zawarto wiele wytycznych dotyczących zmian w funkcjonowaniu systemu politycznego w Polsce.

 

Konsekwencje

Podstawowym postulatem strony opozycyjnej był pluralizm związkowy i polityczny. „Solidarność” została zalegalizowana. Na dzień 4 czerwca wyznaczono termin wyborów do parlamentu. Postanowiono, że wybory do Senatu będą całkowicie wolne, natomiast wybory do Sejmu będą miały charakter kontraktowy, tj. określono z góry proporcję mandatów: dla obozu koalicyjno-rządowego przeznaczono 65 proc., a dla opozycji 35 proc. miejsc w ławach poselskich.

Wybory były szokiem dla PZPR. W Senacie znalazło się 99 senatorów, desygnowanych przez opozycję, do Sejmu musiały się odbyć wybory uzupełniające, bowiem w pierwszej turze reprezentanci koalicji otrzymali mniej niż 50 proc. głosów. Polacy dali wyraźny sygnał, że nie chcą już władzy PZPR.

Miało to taki skutek, że Obywatelski Klub Parlamentarny, który powstał z opozycyjnych posłów i senatorów, sięgnął po władzę. Ukonstytuował się pierwszy niekomunistyczny rząd, z Tadeuszem Mazowieckim na czele. W Polsce rozpoczęła się nowa epoka.

Chociaż umowy Okrągłego Stołu budzą czasami w różnych środowiskach kontrowersje, to jednak w tamtym czasie oczy całego świata były zwrócone na Polskę. Bez-krwawe przejęcie władzy w kraju przez opozycję spowodowało upadek muru berlińskiego oraz zmiany we wszystkich państwach komunistycznych Europy.

Olga Zielińska

 

Lech Wałęsa – przywódca strony opozycyjnej

– Okrągły Stół był wyborem drogi dla rozwoju naszego kraju. Mogliśmy przecież wybrać rewolucję, pójść na konfrontację z komunistami. Wybraliśmy jednak ewolucję, wybraliśmy negocjacje. Staraliśmy się prowadzić je na tyle mądrze, by uzyskać jak najwięcej można było w tamtych czasach. Czy można było osiągnąć jeszcze więcej? Wtedy, po zakończeniu rozmów, uważałem, że zrealizowałem to, co sobie założyłem. To był plan maksymalny. Teraz, z perspektywy lat, sądzę, że można było więcej wynegocjować. Ale czasu już się nie cofnie.

 

Anna Walentynowicz

– Oceniam Okrągły Stół bardzo negatywnie. To była zdrada narodowa. Obie strony zawarły w Magdalence tajny pakt, który jest realizowany do tej pory. Ci, którzy dogadywali się wtedy z komunistami, osiągnęli to, co chcieli. Doszli do władzy, ale kosztem całego społeczeństwa. Naród polski wciąż ubożeje, a oni chwalą się, że dokonali czegoś wielkiego.

 

Andrzej Gwiazda

– Rozmowy przy Okrągłym Stole to był klasyczny, bezkrwawy przewrót pałacowy. Gra toczyła się nie o to, czy w Polsce będzie ustrój komunistyczny, czy kapitalistyczny, tylko w czyje ręce trafi ogromny majątek narodowy. Zaraz potem przecież byliśmy świadkami, jak powstawały wielkie fortuny. Byli to jednak tylko wybrani przy Okrągłym Stole ludzie. Tam spotkała się grupa tajnych agentów, którzy zaprosili do negocjacji swych przeciwników. Najgorszą rzeczą było to, że społeczeństwo darzyło opozycję ogromnym zaufaniem. Oni po prostu oszukali naród. To była zdrada.

 

BogusŁaw GoŁĄb

– Początkowo sceptycznie podchodziłem do propozycji rozmów z ówczesną władzą w Magdalence. Trzeba jednak przypomnieć sytuację, w jakiej znajdowaliśmy się wtedy. „Solidarność” była już osłabiona, nie mogła liczyć na tak duże, jak jeszcze niedawno, poparcie społeczne. Ponadto samo społeczeństwo polskie było już bardzo zmęczone. Potrzebny był jakiś krok prowadzący do otwarcia. Z tego punktu widzenia Okrągły Stół był przedsięwzięciem pozytywnym. Chciał-bym również przypomnieć, że tam nie zadecydowano, aby nie rozliczać systemu panującego w Polsce. Nie powiedziano, że nie należy karać przestępców komunistycznych.

Rok po Okrągłym Stole byłem
w Rumunii. To, co tam zobaczyłem – na każdym kroku tragedia ludzka, trupy
i bieda, upewniło mnie, że podjęcie rozmów z ówczesną władzą było słusznym posunięciem.

zebrał: Waldemar Szczepanie


Okrągły Stół w liczbach

  • obrady w  Pałacu Namiestnikowskim rozpoczęły się w Warszawie 6 lutego 1989 r.

  • 57 osób zasiadło przy „głównym” stole

  • 3 „stoliki” czyli zespoły problemowe, wypracowały szczegóły porozumienia. Podzieliły się one z kolei na 10 „podstolików”.

  • kilkaset osób zaangażowanych było w zespoły negocjacyjne i eksperckie na różnych poziomach obrad.

  • porozumienie  Okrągłego Stołu zostało podpisane 5 kwietnia 1989 r.

 


Grudzień ’70. Świadkowie. Tadeusz Jaroszyński

Pyrrusowe zwycięstwo

Pracował w Stoczni im. Komuny Paryskiej. Należał do komitetu strajkowego, który pierwszego dnia protestu w Gdyni – 15 grudnia 1970 r. – zebrał się w Zakładowym Domu Kultury. Następnego dnia nad ranem do jego domu wtargnęli milicjanci i żołnierze. Został aresztowany i przewieziony do więzienia w Wejherowie. Miał wtedy 42 lata.

– Dzisiaj często słyszę, że grudniowe protesty spowodowane były podwyżkami, które ówczesny PZPR-owski rząd wprowadzić chciał na krótko przed świętami Bożego Narodzenia – opowiada Tadeusz Jaroszyński. – Prawda wyglądała jednak zupełnie inaczej. Wiele rzeczy się wtedy nawarstwiło, a podwyżki były jedynie pretekstem do tego, aby się zbuntować i zaprotestować. Rząd tłumaczył nam, że podwyżki są dla naszego dobra. Wiedzieliśmy, że my – robotnicy  – musimy pokazać, że z nami nie można tak postępować.

 

Umysłowi i fizyczni

Wspomina, że już 14 grudnia na poszczególnych wydziałach w Stoczni im. Komuny Paryskiej zbierali się robotnicy i dyskutowali o drażniącej sytuacji w kraju. O podziale na tych gorszych – masę „roboli” i tych lepszych – „wiernych pretorian partii”.

– Nam nie można było wcisnąć ciemnoty, tak jak to próbowano robić w całym kraju – mówi Jaroszyński. – Wtedy w Polsce „umysłowi” żyli dostatnio i otrzymywali różnego rodzaju gratyfikacje, np. w postaci premii i możliwości robienia zakupów w sklepach „z żółtymi firankami”, a „fizyczni” byli wyrobnikami socjalizmu. Dzisiaj „umysłowy” znaczy zupełnie co innego niż w PRL-u. Wtedy „umysłowy” niekoniecznie był lepiej wykształcony od robotnika. Po prostu był u władzy. Tak więc ludzie przylepieni do władzy – zarząd i nadzór w stoczni, partyjni, z ZMS-u, rad i biur PZPR, dostawali większe pieniądze. Dużo większe.

Opowiada o sprawnie funkcjonujących strukturach partyjnych  we wszystkich zakładach pracy. To było świetnie wymyślone. Każdy wydział miał swojego „popa” (przedstawiciela Podstawowej Organizacji Partyjnej PZPR). Był nim np. ślusarz, ale awansem społecznym został „popem” i do jego obowiązków należało pilnowanie porządku socjalistycznego. Związki zawodowe także należały do dyrekcji i również sprawowały opiekę nad „własciwym” porządkiem.

Jaroszyński wspomina groteskowe sytuacje, kiedy w stoczni pojawił się nowy kasjer i nie mógł zrozumieć, jak to się dzieje, że np. na liście wynagrodzeń widniało nazwisko Ziółkowskiego, a premię dostawał Czarnecki.

Mówi, że stoczniowcy nie zapomnieli poznańskiego Czerwca. Poza tym mieli świadomość, że w innych krajach ludzie żyją inaczej. Mieszkańcy Trójmiasta mieli przecież kontakt z marynarzami. Port w Gdyni był wtedy polskim oknem na świat. Wiedzieli, że gdzie indziej, w wielu krajach, są inne relacje między pracownikami i pracodawcami.

Chcieliśmy porozmawiać

– 15 grudnia od rana rozmawialiśmy o wydarzeniach, które dzień wcześniej miały miejsce w Gdańsku. Potem był wiec pod bramą stoczni i pochody w kierunku miasta – opowiada o przebiegu demonstracji w Gdyni Jaroszyński.

Pierwsza grupa, która wyszła ze stoczni, liczyła 150-200 ludzi. Jaroszyński wyszedł w drugiej, 400-osobowej. Postanowili iść pod Komitet Miejski PZPR. Po drodze dołączyli do nich najpierw portowcy, później inni ludzie. Protestujący skandowali: „Suche bułki dla Gomułki!” i „Chodźcie z nami!”. Robotnicy szli w roboczych ubraniach, kaskach, w rękach trzymali narzędzia pracy: szlifierki, młoty pneumatyczne. Jaroszyński pamięta, że ze zdumieniem zauważył mężczyznę idącego z miotłą. Zdziwiony, zapytał się, do czego będzie mu ona potrzebna.
W odpowiedzi usłyszał, że: „Trzeba będzie wymieść to tałatajstwo”. 

I tak doszliśmy pod komitet.  Na miejscu okazało się jednak, że nie ma żadnego z członków komitetu. Wszyscy uciekli, pozostawiając na straży samotnego portiera. Robotnicy zaczęli się z tego śmiać.

Protestujący podjęli decyzję, że udadzą się pod Prezydium MRN, czyli ówczesną siedzibę władz miasta. Zebrały się tam tłumy. Jaroszynski zastanawiał się wraz z kolegami, dlaczego wciąż nie pojawiała się milicja. Wśród zgromadzonych padła propozycja, aby złożyć petycję na ręce przewodniczącego Prezydium MRN. Na balkon wyszedł Jan Mariański, wówczas sprawujący tę funkcję w Gdyni. Zaprosił delegację protestujących na rozmowę.

– Ja zostałem wtedy w holu na dole i pilnowałem z kilkoma kolegami, żeby nie przeszkadzała nam milicja. Kiedy delegacja wyszła, czuliśmy się dumni. Podpisaliśmy porozumienie z władzą ludową i mieliśmy zezwolenie na jutrzejszą manifestację.

 

Zorganizowaliśmy Komitet Strajkowy

Pochód przeszedł na ulicę Świętojańską w Gdyni. – Potem  szliśmy do Dalmoru – opowiada. – Tam po krótkich przepychankach z porządkowymi weszliśmy za bramę. Rozpoczął się wiec. Każdy mógł wejść na podwyższenie i powiedzieć, co mu się nie podoba. Robotnicy mówili o niesprawiedliwości sądów, o rozgrabianiu majątku przez ludzi, którzy są u władzy.

Jaroszyński wspomina wesołą anegdotkę. Jeden z uczestników protestu nagle wzniósł okrzyk: „Niech żyje towarzysz Gomułka!”. Wśród zebranych nastąpiła konsternacja. „Ale za naszą pensję” – dodał dowcipniś szybko z uśmiechem.

Po wiecu protestujący zaczęli rozchodzić się do swoich zakładów pracy. Informowali pozostałych pracowników o proklamowaniu strajku i zawiązaniu Komitetu Strajkowego. Tadeusz Jaroszyński został delegatem. Udał się, tak jak inni wybrani przez załogi, do Zakładowego Domu Kultury.

– Było tam około 500 osób ze stoczni i innych zakładów. Przeważali ludzie młodzi. Zebraliśmy postulaty i żądania socjalne. Potem organizowaliśmy kolejny dzień protestów. Komitet Strajkowy miał pozostać w ZDK, a ja, ponieważ szkoliłem z wojskowości junaków OHP, miałem zająć się pilnowaniem porządku w czasie strajków. Jaroszyński wrócił do domu. Po krótkiej rozmowie z żoną położył się do łóżka. Jednak nie dane mu było długo spać.

 

Niespodziewane aresztowanie

O trzeciej w nocy obudziła go żona, mówiąc, że ktoś puka do drzwi. Jaroszyński pomyślał, że to kolega, z którym umówił się dzień wcześniej. Jednak to była milicja i wojsko. Jaroszyński ubrał się, wyszedł z nimi na klatkę schodową i zastanawiał się, czy udałoby mu się uciec. Powiedział, że chce zabrać z domu papierosy.

– Myślałem, że wrócę się do mieszkania i wyskoczę przez okno – wspomina. – Mieszkałem na pierwszym piętrze. Ale razem ze mną do mieszkania weszło trzech funkcjonariuszy i nie udało mi się uciec.

Kazano mu wejść do samochodu wojskowego. Zawieziono go do komendy miejskiej milicji. Tam już byli inni zatrzymani tej nocy przez organy bezpieczeństwa.

– Było nas tam coraz więcej – opowiada. – Nie było jednak nikogo, oprócz mnie, z ZDK . Po jakimś czasie zapakowano nas pod plandekę na dużą ciężarówkę i gdzieś powieziono. Konwojenci zabronili nam ze sobą rozmawiać. Na pewno wielu z nas miało myśli, że oto wywiozą nas gdzieś do lasu i Bóg wie, co się stanie. Po jakichś dwóch godzinach wreszcie się zatrzymaliśmy.

Bezprawnie zatrzymani trafili do więzienia w Wejherowie. Dowiedzieli się tego od strażników, bowiem ci byli także zupełnie zdezorientowani. Pytali się zatrzymanych po cichu, o co chodzi. Dostali wcześniej nakaz pozostania w więzieniu, ale nie powiedziano im, jaki jest tego powód.

– Siedzieliśmy w celach po kilka osób i rozmawialiśmy – przypomina sobie. – Nasunął nam się wniosek, że władza pogubiła się w tych represjach. Dowiedziałem się, że wszyscy koledzy z ZDK, czyli ci, którzy mogli zapanować nad organizacją protestu, zostali zatrzymani i prawdopodobnie wywiezieni w inne miejsca.

Jaroszyński nie ujawnił współwięźniom, że należał do grupy, która zebrała się w ZDK. Zdumiało go jednak, że tak wielu aresztowanych nie miało z protestem zupełnie nic wspólnego. Zostali zabrani z domów tak jak on, ale nawet nie wiedzieli dlaczego. Jaroszyński domyślał się, że zapewne mieli w „bezpiece” zebrane obciążające ich informacje w teczkach lub ktoś po prostu ich nie lubił i złożył donos na milicję. Przypomina sobie, że wśród zatrzymanych były także pobite osoby z Gdańska, a także idący po prostu ulicą, którzy nagle zostali wciągnięci siłą do milicyjnych „suk”. Więźniowie byli przetrzymywani przez kilka dni, nie wiedząc, jakie postawiono im zarzuty. Nie udzielono im żadnych wyjaśnień.

Po kilku dniach zaczęli być wzywani na przesłuchania. Ludzie, którzy  ich przesłuchiwali, nie byli z UB z Gdyni. Przyjechali z różnych miast Polski. – Kazali mi powiedzieć, dlaczego wystąpiłem przeciw władzy ludowej. Nie miałem zamiaru ukrywać, co mi się nie podoba. Powiedziałem, że to żaden socjalizm, że to wyzysk człowieka przez drugiego człowieka. Tak zeznawałem przez trzy dni. Ten, który mnie przesłuchiwał, powiedział, że władza się zmieniła i nie powinno być z nami tak źle. Wróciliśmy do domów.

 

Płaca bez pracy

Jednak Tadeusz Jaroszyński musiał ponieść konsekwencje swojego negatywnego stosunku do władzy PRL. Przez kilka miesięcy nie chciano go przyjąć z powrotem do pracy. Zaproponowano mu pracę w innym zakładzie, on jednak uparł się, że musi wrócić do stoczni. Tam nie chciano go z powrotem przyjąć, bo postawiono mu zarzut, że „chciał zrobić rewolucję”. Później okazało się, że w zakładzie pracy nie było jego dokumentów. Tak jakby nigdy nie pracował w stoczni. Pozostała po nim jedynie pusta teczka z podaniem o pracę i życiorys.

– A ja chciałem pracować w stoczni – opowiada. – Pomógł mi gdyński prokurator. Postarał się, aby z powrotem przyjęto mnie do pracy. Krótko po rozmowie w stoczni z osobami, które miały zadecydować o mojej przyszłości, powiedział: „To są większe s…syny, niż myślałem”.

Roszady  na szczytach władzy po tragicznych wydarzeniach w Grudniu nie zmieniły wcale panujących układów w zakładach pracy.

– Mówili, że teraz będzie prawdziwa demokracja. Ja jednak zbaraniałem, że ci sami to mówili, co kiedyś chwalili Gomułkę – opowiada. – Tylko zmienili front. Teraz oklaskiwali Gierka.  A przecież to oni byli sprawcami Grudnia. Kiedy przyjechał Gierek, uśmiechali się do niego.

Przyznaje, że hasła: „Pomożecie? Pomożemy”, „Socjalizm tak. Wypaczenia nie” były do pewnego stopnia chwytliwe. Twierdzi, że w jakimś stopniu Grudzień okazał się potrzebny.  – Ludzie poczuli, że mogą coś zdziałać – mówi. – Że mogą nawet zmienić rząd, przecież odwołano pierwszego sekretarza. A władza również zrozumiała, że ludzie nie są stadem baranów. Przelękła się siły robotników.

 

Gorycz po latach

Jednak po wielu latach Tadeusz Jaroszyński czuje żal. – Dzisiaj dobrze jest nie tym, którzy ponosili ofiary, doznali krzywd. Oni mają niewiele do powiedzenia. Grudzień był naszym pyrrusowym zwycięstwem. Bo mimo wszystko wtedy bardziej człowiek się liczył. Tylu ludzi nie chodziło, tak jak dzisiaj, po śmietnikach. Teraz wszędzie oszukują. Afery i korupcja. Myślę, że Polacy dzielą się na dwie kategorie. Świnie i ludzi. Każdy do jakiejś należy. I świnie dochodzą najczęściej do głosu. Dzisiaj jest znowu czas na Grudzień. Gdyby ludzie ruszyli, poszedłbym z nimi – mówi z goryczą Jaroszyński.

Olga Zielińska


Proces Grudnia ’70

Świadków ci u nas dostatek

W procesie gen. Wojciecha Jaruzelskiego oraz innych oskarżonych o wydanie decyzji strzelania do tłumu w Grudniu 1970 roku będzie zeznawało 3516 świadków. O ograniczenie ich liczby do 150 wnioskował prokurator Bogdan Szegda.

Sąd nie zgodził się na ograniczenie liczby świadków. W ciągu dwóch lat udało się przesłuchać  ich ledwie 150. W listopadzie prokurator Bogdan Szegda zgłosił wniosek, by wezwać tylko 150 najważniejszych świadków oraz nowego – Lecha Wałęsę. Umożliwiłoby to zakończenie trwającego już dwa lata procesu w ciągu kilkunastu miesięcy.

– Kiedy w 1995 roku wnioskowaliśmy o przesłuchanie tylu świadków oskarżenia, nie były znane okoliczności takie jak np. stan zdrowia oskarżonych, a co za tym idzie opinia biegłych, że mogą oni uczestniczyć w rozprawie tylko cztery godziny. Liczyliśmy, że uda nam się na każdej rozprawie przesłuchać czterech-pięciu świadków  i sprawę w ciągu pięciu lat skończymy. Już widać, że to się nie uda – mówi prokurator.

Zaprotestowali obrońcy. Według gen. Jaruzelskiego na liście „pokrzywdzonych” zaproponowanej przez prokuratora nie ma „sześciu postrzelonych milicjantów oraz setek funkcjonariuszy i żołnierzy, którzy zostali ranni od uderzeń żelaznym drągiem, metalową śrubą, dotkliwie poparzeni w płonących transporterach”.

(jw)


Film

Ubu, uba – koniec...

Po dwunastu latach milczenia odezwał się wizjoner polskiego kina Piotr Szulkin. Jego film „Ubu król” jest utrzymany w tym samym klimacie, co kultowe już „Golem”, „Ga, ga. Chwała bohaterom” czy „O-bi, o-ba. Koniec cywilizacji” i tak samo katastroficzny.

Fenomen sztuki Alfreda Jarry „Ubu król, czyli Polacy” jest w zasadzie do dziś nieodgadniony. Ekscentryk paryskiej bohemy napisał ją jako nastolatek, a po raz pierwszy wystawiono sztukę na scenie w 1896 roku. Ubu ma się nadal dobrze, wręcz coraz lepiej. Wydaje się, że przesłanie dramatu zyskuje na aktualności, a słynne zdanie autora wypowiedziane w wystąpieniu przed prapremierą „Rzecz dzieje się w Polsce, czyli nigdzie” weszło już do katalogu powiedzonek narodowych. Dla Jarry’ego Polska była krajem tak egzotycznym, że mogła służyć jako umiejscowienie akcji uniwersalnej, mogącej dziać się wszędzie.

Wydaje się, że Ubu i Szulkin przyciągali się wzajemnie, że sztuka została wręcz stworzona dla tego reżysera. Szulkin przymierzał się do jej zekranizowania już przed dwunastu laty, jednak dopiero teraz zrealizował swe zamierzenie.

Jak zwykle u Szulkina ważną rolę odgrywa scenografia, tworząca klimat rozkładu, degrengolady i dekadencji. To dzięki temu m.in. opowieść o szalonym Ubu, snującym intrygi i przejmującym władzę, staje się przypowieścią o niezmiennych mechanizmach władzy i rewolucji, a jednocześnie o Polsce. O przejmowaniu władzy, szermowaniu nierealnymi pomysłami na uzdrowienie gospodarki państwa, a następnie bankructwie politycznym rządzących, które skutkuje brutalnością i stosowaniem przemocy. Potem następuje interwencja obcych mocarstw, roztaczających „życzliwą” kuratelę nad państwem. Wprawdzie reżyser zamienił nawet Polskę rządzoną przez Ubu na Folskę, podobnie zniekształcił nazwy księstw i dzielnic, jednak odniesienia do naszego kraju są aż nadto czytelne, zwłaszcza że finał rozgrywa się na jednym z centralnych skrzyżowań Warszawy.

Żywot sceniczny „Króla Ubu” pokazuje, że reżyserzy sięgają po tę sztukę, gdy wszelkie „normalne” opisywanie rzeczywistości zawodzi. Pozostaje groteska, która jako jedyna może sprostać realiom przerastającym najbardziej fantastyczne fantazje. Szulkin obnażył głupotę, chciwość, arogancję, ciemnotę, brutalność i zwykłą głupotę wszystkich, dokładnie wszystkich. Nie oszczędził ani władzy, ani wojska, polityków, sądów, kleru ani nawet tzw. społeczeństwa. W pewnym momencie widz zadaje sobie pytanie, jak można oskarżać wszystkich, przecież są chociażby lepsi i gorsi, nie można uprawiać takiego nihilizmu. Reżyser przyzwyczaił nas jednak do bezkompromisowości sądów. W końcu jednak dostrzegamy jedną postać bez skazy – to ociemniała sprzedawczyni kwiatów. I ona ostatecznie przejmuje koronę po Ubu. Czy to może ujść za optymistyczne zakończenie, skoro nasza królowa nie będzie miała kim rządzić?

Jarosław Wierzchołowski

 

„Ubu król”, reż Piotr Szulkin, scenariusz na podstawie dramatu Alfreda Jarry Piotr Szulkin, zdjęcia Dariusz Kuc, scenografia Agnieszka Zawadowska i Krzysztof Benedek; występują m.in. Jan Peszek, Katarzyna Figura, Krzysztof Kowalewski, Olgierd Łukaszewicz, Wojciech Siemion, Marek Walczewski


 Polecamy – odradzamy

Warto zobaczyć

„Władca Pierścieni: Powrót Króla”, reż. Peter Jackson – Trzecia część ekranizacji trylogii Tolkienowskiej „Władca Pierścieni” i wbrew prawu sequeli zdecydowanie najlepsza. Kino to specyficzne, przez niektórych wręcz czczone, przez innych traktowane z pogardą. Faktem jest jednak, że bez znajomości tego filmu trudno mówić o orientowaniu się we współczesnej kinematografii. To wielkie, imponujące widowisko odciśnie z pewnością swoje piętno na przemyśle filmowym najbliższych lat.

„Rzymska opowieść”, reż. Bernardo Bertolucci – Mistrz odezwał się po latach milczenia i oto teraz widzom przystoi milczeć w zachwycie po obejrzeniu jego dzieła. Niesamowite, choć mało filmowe, zwłaszcza w porównaniu do dzisiejszych superprodukcji. W dodatku Bertolucci dokonał co najmniej jednego wielkiego odkrycia aktorskiego – Thandie Newton w roli Shandourai, afrykańskiej studentki medycyny.

„Miasto Boga”, reż. Bernardo Meirelles – Film, którego akcja rozgrywa się wśród ubogich faweli Rio de Janeiro. Ta sensacyjna wręcz opowieść rozgrywająca się w mało imponującej scenerii, bez fajerwerków technicznych, szybkich samochodów i pięknych kobiet aż wciska widza w fotel i wprost zniewala na kilkadziesiąt minut.

„Trio z Belleville”, reż. Sylvain Chomet – Nie pamiętam już, kiedy widziałem pełnometrażową kreskówkę dla dorosłych, i to w dodatku kreskówkę tak dobrą. To po prostu kawał dobrego kina i to w imponującym wydaniu.

 

Szkoda na to czasu

„Underworld”, reż. Len Wiseman – Jeżeli ktoś lubi w kinie efektowne bajki, nie angażujące niepotrzebnie szarych komórek, to jest to film dla niego. I dla nikogo innego. 

(jw)


Wałęsa ze styropianu

Rzeźba przedstawiająca Lecha Wałęsę jako Dawida Michała Anioła wygrała konkurs „Zaczęło się od styropianu”, ogłoszony przez Fundację Centrum Solidarności. Jej autorami są Ewa Wesołowska i Michał Pronobis z krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Cztery wyróżnienia otrzymali Michał Dudek- ASP Warszawa za rzeźbę „Nisza z flagą”, Marek Maślaniec z ASP Kraków za dzieło „Prezydent z długopisem”, Mariusz Dydo i Paweł Jach również z ASP Kraków za „Światowida” oraz Magdalena Popławska z ASP Warszawa za „Głowę Wałęsy”. Wszystkie dzieła wykonane zostały ze styropianu.

(jw)


Czesław Niemen nie żyje

18 stycznia br. zmarł jeden z najwybitniejszych polskich muzyków Czesław Wydrzycki, znany jako Czesław Niemen. W Polsce nie ma chyba osoby, która nie słyszałaby takich piosenek, jak „Pod papugami” czy „Dziwny jest ten świat”.

Czesław Niemen urodził się w 1939 roku w Wasiliszkach Starych koło Nowogródka na Litwie. Rodzina miała patriotyczne tradycje, ojciec Niemena jako rusznikarz współpracował z Armią Krajową, wuj był aresztowany przez NKWD. Niemen nigdy nie dał się „zwerbować” władzom PRL do wykonywania zadań propagandowych, do czego niestety udawało się komunistom namawiać wiele popularnych gwiazd muzyki rozrywkowej. Starał się być jak najdalej od polityki, miał jednak jasno określony system wartości.

Pojawienie się „Solidarności” i związanej z nią Akcji Wyborczej Solidarność sprawiło, że zaangażował się w poparcie dla tego ruchu. Sympatyzując z „Tygodnikiem Solidarność” włączył się w akcję promowania AWS w kampanii wyborczej do parlamentu. Na łamach pisma pojawiały się wówczas felietony w rubryce „Wyborami jesień się zaczyna”. Jako juror włączył się także w redakcyjny konkurs „Złoty palec”.
W ten sposób „Tygodnik Solidarność” chciał nagradzać twórców estradowych, którzy w swoich utworach zawierali idee humanistyczne bliskie „Solidarności”.

Czesław Niemen występował także na koncercie zorganizowanym w Warszawie na rzecz Stoczni Gdańskiej. Niestety, z przyczyn organizacyjnych nie udało mu się stworzyć prawdziwego show multimedialnego z prezentacją własnej twórczości plastycznej towarzyszącej muzyce. Świadkowie jego występu do dzisiaj wspominają jednak to wydarzenie sceniczne.

Oprócz muzyki Niemen tworzył też prace plastyczne. Rysował od dziecka, później szczególnie zainteresowała go grafika komputerowa. W 2001 roku przeznaczył część swoich prac plastycznych na licytację. Dochód z aukcji został przeznaczony na kupno sprzętu edukacyjnego dla szkół na Litwie.

(jw)


Książka. „Godność i Praca”

Nie tylko o festiwalu

Pomorski Instytut Demokratyczny wydał kolejną już pozycję książkową, tym razem jest to wybór materiałów z I Międzynarodowego Festiwalu „Godność i Praca”, który odbył się w Gdańsku latem zeszłego roku. Uzupełnieniem są zapisy dialogów dwóch prezentowanych podczas festiwalu filmów dokumentalnych (z 1970 i 2002 roku) oraz rozważania ks. prof. Józefa Majki na temat etyki pracy. Dodatkowo przedstawiono kilka przykładów tzw. kodeksów etycznych (m.in. kodeks etyki lekarskiej).

Jak zapewniają organizatorzy, festiwal będzie miał swój dalszy ciąg także w roku bieżącym, być może – także książka będzie jego podsumowaniem.

W sprawie zakupu informacji udziela Pomorski Instytut Demokratyczny, tel. 308-43-40, e-mail: pid@op.pl 

(rk)

 

Powrót do spisu treści

 

Strona główna ZR | Strona główna Magazynu | Archiwum „Magazynu” |