Witamy na stronach Zarządu Regionu Gdańskiego NSZZ "Solidarność"!

WITAMY NA STRONACH „MAGAZYNU SOLIDARNOŚĆ” ON-LINE

Lewki gdańskie (r) Logo "Solidarności" (r)

 Zarząd Regionu Gdańskiego NSZZ „Solidarność”

 

 

 

© Copyright
by „Magazyn Solidarność” 200
4

 

Przy wykorzystywaniu naszych tekstów uprzejmie prosimy 
o podanie źródła

 

Mieścimy się w budynku „Solidarności” w Gdańsku, 
ul. Wały Piastowskie 24, 
pok. 112, 114

Nasz tel: 

(0-58) 301-71-21, 

((0-58) 308-42-72

dla użytkowników sieci IDEA:
502 443 149 wew. 4272

lub

 

Magazyn Solidarność on-line – 3 (marzec)  2004

Stocznia Gdańska

Pochyły problem

Czy już niedługo Stocznia Gdańska przestanie budować statki? Tego obawiają się stoczniowcy, bo nie wiedzą, jak długo zakład będzie mógł dzierżawić pochylnie znajdujące się na terenie należącym do Synergii 99. Od ubiegłego roku, jak mówi Roman Gałęzewski, przewodniczący KM „Solidarność” Stoczni Gdańskiej, umowa dzierżawy przedłużana jest co kilka tygodni lub miesięcy. A jeszcze kilka lat temu wydawało się, że interes Stoczni Gdańskiej przynajmniej w tym zakresie jest zabezpieczony.

Przypomnijmy kilka faktów związanych z obecną sytuacją Stoczni Gdańskiej. W czerwcu 1996 r. Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy podjęło uchwałę o ogłoszeniu upadłości zakładu. Dwa miesiące później Sąd Rejonowy w Gdańsku podjął takie samo postanowienie. Jednak w lutym 1998 r. Sąd Wojewódzki w Gdańsku unieważnił uchwałę Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy. Nie przeszkodziło to jednak w sprzedaży zakładu, bowiem pod koniec 1998 r. Stocznia Gdańska została sprzedana Trójmiejskiej Korporacji Stoczniowej (TKS). Tworzyły ją Stocznia Gdynia, Evip Progress oraz Bogumił Banach.

– Trójmiejska Korporacja Stoczniowa, żeby kupić Stocznię Gdańską wzięła promesę kredytową w Kredyt Banku w wysokości 72 mln zł pod zastaw terenów stanowiących własność stoczni – przypomina Gałęzewski. – Dodatkowo przejęła 42 mln zł znajdujące się w kasie stoczni. To praktycznie stanowiło zapłatę TKS za kupno Stoczni Gdańskiej. W ten sposób powstały dwa przedsiębiorstwa: Stocznia Gdańska i Synergia 99.

Przed sfinalizowaniem sprzedaży większość pracowników Stoczni Gdańskiej obawiała się o swoją przyszłość. W takiej sytuacji zarząd Stoczni Gdynia wydał oświadczenie skierowane do załogi Stoczni Gdańskiej, w którym zapewniał, że zakład „będzie budować nie mniej niż pięć statków rocznie i nie mniej niż osiem po wykonaniu planu modernizacji, stanowiącego część oferty złożonej syndykowi”.

 

Stocznia dzierżawi swoje pochylnie

W ramach przebudowy technicznej stoczni działalność zakładu miała zostać przeniesiona na wyspę Ostrów. Tam też miał powstać nowoczesny „suchy dok o długości 250 m i szerokości 70 m wraz z placem montażu i suwnicą”. Suchy dok miał zastąpić dotychczas używane trzy pochylnie.

Jego budowa miała się rozpocząć w latach 2001–2003. Jak wiadomo, dotychczas to nie nastąpiło. Tereny, tak zwane postoczniowe, czyli A i B, przejęła po sprzedaży Stoczni Gdańskiej Synergia 99, jednak z wyłączeniem gruntów, na których znajdują się trzy pochylnie potrzebne do budowy statków.

W lipcu 1999 r. Stocznia Gdańska i Synergia 99 zawarły kolejny akt notarialny – „Umowę zobowiązującą do przeniesienia prawa użytkowania wieczystego gruntu oraz prawa własności budynków, budowli i urządzeń”. Dzięki niemu tereny z pochylniami stały się własnością Synergii 99. Jednocześnie stocznia stała się głównym właścicielem Synergii 99.

Stocznia Gdańska starała się jednak zabezpieczyć swoje interesy. W tym samym akcie notarialnym Synergia 99 zobowiązała się do umożliwienia Stoczni Gdańskiej „prowadzenia na objętych transakcją gruntach, budynkach i urządzeniach dalszej działalności związanej z produkcją stoczniową, przy ponoszeniu przez Zbywcę (Stocznię Gdańską – przyp. redakcji) kosztów bieżącego ich utrzymania, na podstawie zawartej odrębnie umowy dzierżawy na okres zależny od interesu i decyzji Zbywcy”.

– Koszty tej dzierżawy nie miały być wysokie – mówi przewodniczący stoczniowej „Solidarności”. – Dodatkowo pewne paragrafy tej umowy gwarantowały Stoczni Gdańskiej dostęp do pochylni.

Mowa tu o tym, że w razie naruszenia uprawnień Stoczni Gdańskiej do korzystania z pochylni, Synergia 99 będzie zobowiązana do zapłacenia odszkodowania „równoważnego nakładom inwestycyjnym, koniecznym dla uruchomienia produkcji statków, o wydajności nie mniejszej niż możliwości trzech pochylni, istniejących na nieruchomościach wskazanych w par. 1 (znajdujących się na terenie B – przyp. red.)”. Ponadto w umowie czytamy, że „dla zabezpieczenia wierzytelności” Synergia 99 ustanowi „hipotekę kaucyjną do kwoty 205 mln zł na prawie użytkowania wieczystego gruntów będących przedmiotem umowy oraz na własności budynków, budowli i urządzeń na tych gruntach”. Synergia 99 oświadczyła także, że „do wysokości hipoteki podda się egzekucji odnośnie zapłaty tej kwoty”. Oznaczało to po prostu, że w razie uniemożliwienia przez Synergię 99 produkcji statków na pochylniach, będzie ona musiała zapłacić Stoczni Gdańskiej w ciągu miesiąca 205 mln zł.

 

Radość trwała krótko

Niestety, niespełna rok później, w czerwcu 2000 r., reprezentujący interesy Stoczni Gdańskiej – Grupa Stoczni Gdynia – Bogumił Banach i Elżbieta Dudziuk podpisali, bez stosownej uchwały zarządu, oświadczenie, w którym zwolnili Synergię 99 „z obowiązku zapłacenia odszkodowania”, o którym mowa w umowie zawartej w lipcu 1999 r. Powodem podpisania takiego oświadczenia, według Banacha i Dudziuk, było zawarcie przez Stocznię Gdańską w lutym 2000 r. umowy dzierżawy pochylni, będących własnością Synergii 99. Warto zwrócić uwagę, że przed sprzedażą Stoczni Gdańskiej pochylnie były własnością tego zakładu i nie musiał on ani zabiegać o ich używanie ani tym bardziej o dzierżawienie.

Dokument ten został ujawniony dopiero na początku br. Dwa tygodnie później Komisja Międzyzakładowa „Solidarności” Stoczni Gdańskiej złożyła zawiadomienie do prokuratury, że osoby, które podpisały dokument, działały na szkodę zakładu.

– Bogumił Banach i Elżbieta Dudziuk mają możliwość prawnie unieważnić swoje oświadczenie – dodaje Gałęzewski. – Tym bardziej że było ono podpisane bez uchwały zarządu. Złożyli nawet taką ustną deklarację. Jednak teraz się z niej wycofali. Widocznie bardziej boją się kogoś innego niż prokuratora. Ktoś, kto ma duże pieniądze, nie musi się bać organów sprawiedliwości.

 

Oddane za darmo

– Poprzez podnoszenie i obniżanie kapitału przedsiębiorstwa Synergia 99 stała się zupełnie niezależna od stoczni – mówi przewodniczący stoczniowej „Solidarności”. – Stocznia Gdańska przestała być właścicielem Synergii 99. Transakcja była zupełnie wirtualna. Z kolei na przełomie 2001 i 2002 Synergię 99 również bez kapitału przejęły amerykańskie fundusze inwestycyjne.

Obecnie ponad 60 proc. udziałów w Synergii 99 posiadają dwa fundusze amerykańskie stworzone przez TDA Capital Partners: EEF I oraz EEF II. Około 70 proc. całkowitego kapitału TDA wniosła OPIC, niezależna agencja rządu Stanów Zjednoczonych. Została stworzona w 1971 r., aby pomagać amerykańskim przedsiębiorcom w zagranicznych inwestycjach. Ponad 30 proc. udziałów w Synergii 99 ma Evip Progress, firma która wchodziła w skład Trójmiejskiej Korporacji Stoczniowej, nabywcy Stoczni Gdańskiej w 1998 r.

Komisja Międzyzakładowa NSZZ „Solidarność” Stoczni Gdańskiej obawiając się o dalszy los zakładu wystosowała w ubiegłym roku pismo do ambasadora USA w Polsce.

Wątek amerykański

Chistopher R. Hill, ambasador USA w Polsce, odpowiadając pisemnie na pytania gdańskich związkowców potwierdził, że „OPIC jest faktycznie własnością Stanów Zjednoczonych i w 1996 r. zgodził się udzielić gwarancji na pożyczkę dla TDA Capital Partners w wysokości 42 mln dolarów i wspiera wysiłki TDA zmierzające do restrukturyzacji programu Synergia 99 w finansowo rentowną spółkę, która ożywiłaby okolice Stoczni Gdańskiej”.

– Jeśli w 1996 r. Amerykanie już byli zainteresowani terenami postoczniowymi, to podejrzewam, że upadłość Stoczni Gdańskiej była wynikiem działań międzynarodowych korporacji – twierdzi Roman Gałęzewski. – Stocznia Gdańska była wtedy w dużo lepszej sytuacji niż obecnie Stocznia Gdynia. Amerykanie zapewniają, że zapłacili za te tereny 56 mln zł. Były to znowu wirtualne pieniądze, bowiem na konto stoczni nie wpłynęła żadna kwota.

W końcowej części listu ambasador pisze, iż jest świadomy obaw stoczniowców o pochylnie w Stoczni Gdańskiej i jest gotów zorganizować spotkanie związkowców z przedstawicielami TDA, by mogli przekazać swoje uwagi osobiście.

 

Miasto w stoczni

– Byłbym usatysfakcjonowany, gdyby podpisane wcześniej, niekorzystne dla Stoczni Gdańskiej oświadczenie dotyczące terenów z pochylniami, zostało prawnie unieważnione – mówi przewodniczący „Solidarności” Stoczni Gdańskiej. – Uważam także, iż umowa dotycząca pochylni powinna być zawierana wyłącznie pomiędzy Synergią 99 i Stocznią Gdańską. Tymczasem Synergia 99 chce włączyć również w to miasto.

Do rozpoczęcia inwestycji na terenach postoczniowych potrzebna jest uchwała Rady Miasta Gdańska o sporządzeniu nowego planu zagospodarowania przestrzennego. Obecnie proponowanym rozwiązaniom przeciwstawia się stoczniowa „Solidarność”.

– Po przyjęciu tego planu stocznia może stracić dostęp do pochylni – twierdzi Roman Gałęzewski. – Plan ten byłby korzystny dla Synergii 99, ale nie dla mieszkańców. Wiązałoby się to z koniecznością odkupienia przez miasto terenów na szlaki komunikacyjne, a także z budową np. mostów. Synergia 99 straszy stoczniowców, że jeśli plan nie zostanie uchwalony, to stracą pracę.

Olga Zielińska


Roman Gałęzewski, przewodniczący KM NSZZ„Solidarność” Stoczni Gdańskiej

– Istnieje dokument, który wymusza na Stoczni Gdynia, w razie gdyby Synergia 99 nie miała zysków, zapłacenie odszkodowania i odkupienie terenów za kwotę 27 mln dolarów. Może to być „gwoździem do trumny” dla będącej w ciężkiej sytuacji Stoczni Gdynia. Po ostatnich naszych protestach Synergia 99 zadeklarowała, że pod pewnymi warunkami podpisze z nami umowę dzierżawy pochylni do 2013 r. Nikt nie jest jednak pewien, jakie to będą warunki. Jeśli nie będą one korzystne dla Stoczni Gdańskiej, nadal będziemy protestować.
 

 


 

Manifestacja „S” z 2002 roku

Stoczniowiec uniewinniony, policja bezkarna

16 lutego br. sąd uniewinnił Hieronima Chmielewskiego, uznając, że oskarżenie nie przedstawiło żadnych wiarygodnych dowodów, które przemawiałyby za jego winą. W uzasadnieniu stwierdził, iż jedynym faktem figurującym w akcie oskarżenia, który bezspornie miał miejsce, jest manifestacja „Solidarności” w dniu 22 października 2002 roku. Wiadomo też na pewno, że Chmielewski brał w niej udział. Wszystkie inne wydarzenia, o których mowa w akcie, nie znajdują potwierdzenia w dowodach przedstawionych przez prokuraturę ani w zeznaniach świadków.

Hieronim Chmielewski został oskarżony o czynną napaść na funkcjonariusza policji (miał rzucić kamieniem, który zranił w rękę dowódcę oddziału). Oskarżyciel zażądał dla Chmielewskiego 1 roku więzienia w zawieszeniu na 3 lata.

 

Umundurowani w cywilu

Obrońca Hieronima Chmielewskiego mecenas Bogusław Gotkowicz podkreślił w czasie swej mowy końcowej, że najważniejszy w całej sprawie jest fakt, iż wskazani przez policję funkcjonariusze mundurowi, którzy mieli zatrzymać oskarżonego, tak naprawdę nie mieli nic wspólnego z tym wydarzeniem. Dowodzi tego niezbicie dokumentacja zdjęciowa tego faktu przedstawiona w sądzie. Zdjęcia wykonali dziennikarze prasowi, a ich autentyczność została całkowicie potwierdzona. Fotografie przedstawiają Chmielewskiego ciągniętego przez dwóch młodych ludzi ostrzyżonych na łyso, w cywilnych ubraniach. Inne zdjęcia pokazują oskarżonego leżącego na asfalcie, otoczonego i kopanego przez sześciu cywilów i jednego tylko policjanta.

Hieronim Chmielewski zeznał w trakcie pierwszej rozprawy, że został zatrzymany i brutalnie pobity jedynie przez dwóch cywilów, do których dołączył później trzeci. Początkowo nie wiedział nawet, czy są to policjanci, czy zwykli chuligani, dopóki nie odprowadzili go za kordon policyjny do radiowozu. W ostatnim słowie powiedział także, że jednym z cywilów był zeznający wcześniej przed sądem policjant, który uparcie twierdził, że miał na sobie mundur. Dokładnie też go opisał.

 

Podejrzewa, że był trzeźwy

Zeznający na wcześniejszej rozprawie policjant, który rzekomo otrzymał cios kamieniem z ręki oskarżonego, stwierdził, że nie wie, co go uderzyło ani kto był sprawcą ciosu. Jeden z policjantów, którzy mieli zatrzymać oskarżonego, nie pamiętał z kolei nic z warszawskiej manifestacji. Nie był w stanie powiedzieć, w ilu rzędach stał kordon umundurowanych policjantów, gdzie stał dowódca, którego miał ranić Chmielewski ani czy widział sam fakt zranienia. Zupełnie co innego wynika zaś z zeznań tego samego świadka w prokuraturze – podawał on tam szczegóły wydarzenia. Sąd zwrócił jednak uwagę na brak logiki w tych zeznaniach. – Te zapisy są przedziwne. Jak świadek mógł widzieć rzucającego oskarżonego, śledzić lot kamienia i widzieć fakt zranienia dowódcy w rękę, skoro z zeznań innych świadków wynika bezspornie, że dowódca stał za kordonem policyjnym? – pytał sędzia. Na kolejne oświadczenia o lukach w pamięci padło pytanie sędziego – Czy był pan wówczas trzeźwy? Policjant odpowiedział, iż podejrzewa, że tak, co wywołało konsternację na sali sądowej.

Upór i manipulacje

Zarówno sędzia, jak i obrońca Chmielewskiego dociekali, jak wyglądało przesłuchanie w prokuraturze, ponieważ zeznania świadka w sądzie nasuwają podejrzenie o manipulacje.

Jeszcze ciekawsze zeznania dotyczyły protokołu zatrzymania Hieronima Chmielewskiego sporządzonego przez świadka. Poza odręcznym pismem zeznającego policjanta widnieje na nim obszerny ustęp napisany na maszynie. Świadek zeznał natomiast, że nie umie pisać na maszynie i nigdy nie próbował. Nie umiał wyjaśnić, skąd wziął się w protokole ten fragment, kiedy został dopisany i dlaczego podpisał taki protokół.

– Dziwny upór w przedstawianiu siebie jako uczestników zatrzymania oskarżonego świadczy o tym, że świadkowie oskarżenia mówią nieprawdę. Ich zeznania są dziwnie jednobrzmiące i należy podejrzewać, że zostały uzgodnione. Może to wynikać z chęci ochrony rzeczywistych sprawców zatrzymania i dotkliwego pobicia oskarżonego, którzy służą w innej formacji policyjnej i być może są wyżsi rangą. Może być to także efekt poleceń przełożonego – zastanawiał się mecenas Gotkowicz. Obrońca zwracał uwagę, że właściwym celem ataku policji był inny manifestant, Dariusz Klawikowski, który wyrwał się tym samym napastnikom zostawiając na ziemi kurtkę. Cywile skierowali się w stronę Chmielewskiego dopiero wówczas, gdy podniósł on kurtkę kolegi. Taki przebieg wypadków potwierdza wiele relacji świadków.

– Sprawa została wyreżyserowana przez służby policyjne dla odwrócenia uwagi od pobicia oskarżonego, który złożył w tej sprawie pozew. Z premedytacją działano przeciw dobremu imieniu policji i na szkodę wymiaru sprawiedliwości, usiłując zatajać prawdę i składając fałszywe zeznania – mówił obrońca. Zwracał uwagę, iż zatrzymanie Chmielewskiego i innych manifestantów odbywało się niejako na polityczne zamówienie. Wszyscy zatrzymani przez policję w czasie manifestacji sprzed dwóch lat nieśli flagi „Solidarności”, inne emblematy bądź syrenę (jak Chmielewski – syrena uniemożliwiałaby mu zresztą rzucanie kamieniami).

 

Sprawiedliwy wyrok

W wyroku sąd uniewinnił Hieronima Chmielewskiego. Przede wszystkim nie potwierdzono zarzutu, zgodnie z którym oskarżony miał rzucić kamieniem w dowódcę oddziału policji. Świadkowie, którzy pełnili wówczas służbę w tym oddziale, nie potwierdzili swych zeznań złożonych w prokuraturze. Stwierdzili za to, że nie widzieli oskarżonego, który rzucałby kamieniem.

– Jest niewiarygodne, by ze względu na okoliczności, a także na wykonywanie obowiązków służbowych świadkowie ci mogli przyglądać się oskarżonemu, śledzić lot rzuconego rzekomo przez niego kamienia, a także widzieć moment trafienia kamienia w rękę dowódcy – stwierdził sąd w uzasadnieniu wyroku uniewinniającego.

Niestety, skład orzekający nie odniósł się do faktu składania fałszywych zeznań przez świadków oskarżenia, a także do jawnego naigrywania się z wymiaru sprawiedliwości przez policję (wyreżyserowane zeznania świadków, wprowadzanie w błąd sądu i prokuratury, fałszowanie protokołu zatrzymania oskarżonego).

Po rozprawie Hieronim Chmielewski mówił, że miał nadzieję na sprawiedliwy wyrok. Podkreślał, że policja celowo spreparowała akt oskarżenia, chcąc odwrócić uwagę od faktu pobicia go podczas zatrzymania. Stwierdził, iż nadal będzie domagał się ukarania winnych tego faktu, mimo że prokuratura już trzykrotnie odmówiła wszczęcia postępowania w tej sprawie.

Hieronim Chmielewski jest jednym z 20 związkowców zatrzymanych podczas manifestacji „Solidarności” w Warszawie 22 października 2002 roku. Był oskarżony o czynną napaść na policjanta i spowodowanie obrażeń ciała wskutek rzucenia w niego kamieniem. Do tej pory zakończyły się już sprawy dwóch zatrzymanych wówczas stoczniowców. Dariusz Gawin otrzymał wyrok pozbawienia wolności na 8 miesięcy w zawieszeniu na 2 lata (od którego będzie się odwoływał), zaś Czesław Wilczyński został uniewinniony. Na rozprawy czeka nadal jedenastu manifestantów.

Jarosław Wierzchołowski

 


Mecenas Bogusław Gotkowicz adwokat Hieronima Chmielewskiego

– Wyrok jest w stu procentach zasadny. Jako prawnika i obywatela przeraża mnie złożenie nieprawdziwych zeznań przez osoby, które w dniu zdarzenia reprezentowały policję. Zarówno w prokuraturze, jak i przed sądem twierdzili oni, że zatrzymali oskarżonego i że tego dnia mieli na sobie kompletne umundurowanie. Obrona ponad wszelką wątpliwość wykazała, że zatrzymania dokonały osoby w cywilnych ubraniach. Także protokół zatrzymania został częściowo spisany przez inną osobę niż ta, która rzekomo zatrzymała mojego klienta. Hieronim Chmielewski został „ukarany” przez policjantów za to, że chciał podnieść z ziemi kurtkę kolegi i to na nim skupiła się ich wściekłość z powodu wymknięcia się im tamtego demonstranta. Po to, by zatuszować własne działania niezgodne z prawem policja zmontowała w całości fałszywe oskarżenie i nakłoniła swoich funkcjonariuszy do składania fałszywych zeznań. Zamierzam wydobyć z tych świadków oświadczenia, kto kazał im kłamać i kto sfingował oskarżenie. Sposobnością do tego będzie sprawa, jaką wytoczył Hieronim Chmielewski policji o pobicie. Postaram się pomóc „Solidarności” w dotarciu do prawdy, obnażyć chore mechanizmy, które nadal działają w służbach porządkowych i prokuraturze.Mam też nadzieje, że uda się zadośćuczynić doznanym przez demonstrantów krzywdom.

 

 


Świadkowie. Jerzy Czarniecki

Po drugiej stronie stali robotnicy

Dokładnie przypomina sobie atmosferę tamtych dni. Dni, za które protestujący przeciwko władzy ludowej robotnicy zapłacili najwyższą cenę. Ten protest był pierwszym krokiem ku wolności zniewolonego od czasu II wojny światowej narodu. Zrodził się tu, w Stoczni Gdańskiej, zakładzie, w którym pracuje do dzisiaj. Był grudzień 1970 r. Jerzy Czarniecki miał wtedy 24 lata.

W sobotę, 12 grudnia 1970 r., w Stoczni Gdańskiej im. Lenina (dzisiejsza Stocznia Gdańska), podobnie jak w innych zakładach pracy w całej Polsce, został odczytany list Biura Politycznego KC PZPR, w którym informowano o wprowadzanych podwyżkach na większość artykułów spożywczych i innych pierwszej potrzeby. Również w tym dniu przyjechał do stoczni Stanisław Kociołek, ówczesny wicepremier i członek Biura Politycznego KC PZPR, który uczestniczył w zebraniu członków partii i związków zawodowych. Zebrani wiadomość o podwyżkach cen przyjęli głośnymi protestami. W odpowiedzi usłyszeli od Kociołka: „Ja do was po pomoc nie przyjechałem, macie robić swoje, pomocy nie potrzebuję”. Jeszcze tego samego dnia wieczorem Władysław Gomułka poinformował Polaków, za pośrednictwem radia i telewizji, o wprowadzanych podwyżkach.

 

Można było uniknąć tragedii

W poniedziałek, 14 grudnia, już przed 6 rano robotnicy zbierali się na placu przed budynkiem dyrekcji stoczni. Z minuty na minutę gromadziło się ich coraz więcej. Czarniecki mówi, że było ich tam kilka tysięcy. Przypomina, że to wtedy powstawały silne korzenie robotniczych protestów przeciwko socjalistycznemu porządkowi. Korzenie „Solidarności”. Demonstranci wykrzykiwali, że kolejny raz władza przerzuca problemy na barki robotników. Krzyczeli, że tak dłużej żyć nie można, że w kraju jest głód, że naród jest oszukiwany. Domagali się również zmian we władzach państwa.

– Dyrekcja nie chciała wtedy z nami za bardzo rozmawiać, ale musiała. Jednym z liderów był wtedy Marian Zieliński – opowiada Czarniecki. – To on poderwał wszystkich do buntu. Pokazał, że trzeba głośno mówić o niesprawiedliwościach. Zieliński miał niesamowity dar przekonywania ludzi, był wspaniałym mówcą i bardzo odważnym człowiekiem. Poza tym to był bardzo mądry robotnik.

Jeszcze tego samego dnia powstał w stoczni komitet strajkowy. Protestujący robotnicy postanowili wyjść za bramę stoczni. Skandowali hasło: „Chodźcie z nami!” nawołując pracowników innych zakładów i mieszkańców Gdańska do przyłączenia się do pochodu. Tłum skierował się pod gmach Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Tam odśpiewano hymn narodowy i inne patriotyczne pieśni, m.in. „Rotę”, „Międzynarodówkę”, „Boże coś Polskę”. Do protestujących przemawiał przez megafon w radiowozie Łączności Zenon Jundziłł, sekretarz do spraw organizacyjnych KW. Pierwszego sekretarza KW Alojzego Karkoszki nie było. Wystąpienie Jundziłła tylko zdenerwowało demonstrantów. Wyrzucili z samochodu Jundziłła i przejęli radiowóz. Niestety, w baku samochodu nie było już paliwa. Protestujący pchali więc radiowóz i przez megafon nadawali apele wzywające wszystkich do przyłączenia się do protestu. Apelowali również o zachowanie porządku i spokoju w pochodzie.

W tym samym dniu robotnicy szukali poparcia wśród studentów Politechniki Gdańskiej. Ci wypomnieli im marzec 1968 r. i odmówili wzięcia udziału w proteście.

Demonstranci próbowali powiadomić o swoich działaniach całą Polskę. W tym celu udali się do rozgłośni radiowej. Tam dowiedzieli się jednak, że rozgłośnia w Gdańsku uzależniona jest od stacji nadawczej w Chwaszczynie. Po południu manifestowano również pod Domem Prasy, jednak żaden z dziennikarzy nie chciał rozmawiać z demonstrantami.

Już w pierwszym dniu protestów w Gdańsku władza użyła przemocy przeciwko demonstrantom, starcia z oddziałami milicji miały miejsce w pobliżu mostu przy obecnym Urzędzie Miejskim. Milicjanci użyli wtedy gazów łzawiących. Później doszło do szturmu milicji pod gmachem KW. Grupa młodych ludzi próbowała podpalić budynek. Udało im się jedynie spalić maszyny w drukarni. Rozproszeni przez milicję demonstranci udali się w kierunku Bramy Wyżynnej i na dworzec kolejowy. Tam powitali ich milicjanci z pałkami i petardami. Wyciągali oni pasażerów z pociągów. Ludzie w odpowiedzi na agresję funkcjonariuszy zaczęli rzucać kamieniami.

Wieczorem milicjanci i ormowcy łapali na ulicy uczestników demonstracji i przypadkowych przechodniów. Później przewozili ich do Komendy Miejskiej MO przy ul. Świerczewskiego. Tam złapani musieli przejść przez kordon milicjantów, którzy bili ich pałkami. Stamtąd zatrzymani zostali przewiezieni do więzień w Gdańsku, Pruszczu Gdańskim i Wejherowie.

– Myślę, że jeszcze wtedy można było uniknąć tej największej tragedii – mówi Jerzy Czarniecki. – Bo prawdziwa tragedia rozegrała się w dniach następnych.

 

Pierwsze ofiary

We wtorek, 15 grudnia, już koło pierwszej w nocy strajkowali pracownicy portu gdańskiego. Później dołączały do nich inne zakłady pracy.

– Tak jak w poniedziałek, już od rana pod budynkiem dyrekcji, a później przed drugą bramą zbierali się stoczniowcy. Nad naszymi głowami latał helikopter, z którego do nas strzelano. Pamiętam robotnika, który dostał pod szpitalem kulą w nogę – opowiada Czarniecki. – I tak jak dnia poprzedniego stoczniowcy udali się pod gmach KW. W pochodzie szedł wtedy Lech Wałęsa. Drzwi komitetu były jednak zamknięte. Usłyszałem hasło: „Uwolnić więźniów politycznych” i ludzie poszli pod budynek KM MO i więzienie.

Protestującym nie udało się opanować komendy milicji. Milicjanci użyli gazów łzawiących, petard i pałek. Później również broni palnej. Wtedy zginął pierwszy człowiek. Do tragedii doszło, kiedy jednemu z milicjantów zastąpił drogę młody robotnik. Milicjant strzelił do niego. Tłum protestujących ludzi odpowiedział agresją i dosłownie rozszarpał funkcjonariusza.

– Gaz był tak silny, że nagle przestałem widzieć – wspomina Czarniecki. – Gdyby nie kolega Rysiek Świstulski, który pracował wtedy ze mną w szefostwie produkcji, nie wiem, co by się ze mną stało. On wyciągnął mnie z tego.

Do Szpitala Wojewódzkiego w Gdańsku już o 8 rano przywieziono pierwszych rannych.

Starcia ludzi z milicją przeniosły się na węzeł Hucisko i ul. Kalinowskiego. Również w rejonie dworca kolejowego nie było spokojnie. Później demonstranci walczyli przed gmachem KW. Próby jego podpalenia w końcu się udały.

– Stoczniowcy postanowili złapanych milicjantów przyprowadzić do stoczni – opowiada Czarniecki. – Byłem w grupie, która prowadziła jednego z nich. Zdjęliśmy mu mundur, rozbroiliśmy go, szedł w samej błękitnej koszuli. Nie chcieliśmy zrobić mu krzywdy. Nie odnosiliśmy się do niego wrogo. Chcieliśmy tylko pokazać, jak ciężko pracują w stoczni robotnicy. I myśleliśmy, że uda nam się przeciągnąć go na naszą stronę.

Po południu wjechały do miasta pierwsze czołgi i transportery opancerzone. Jeden z młodych robotników został rozjechany przez pojazd. Jego ciało zostało przeniesione do holu dworca PKP, a ludzie okryli je kwiatami.

W tym dniu miały miejsce również rabunki sklepów. W większości przypadków były one jednak prowokowane przez podstawionych przez SB ludzi, którzy wybijali szyby w sklepach.

Tego dnia zginęło 8 osób. Wieczorem na posiedzeniu egzekutywy Komitetu Wojewódzkiego w Gdańsku Zenon Kliszko, członek Biura Politycznego, powiedział: „Mamy do czynienia z kontrrewolucją, a z kontrrewolucją trzeba walczyć za pomocą siły. Jeżeli zginie nawet 300 robotników, to bunt zostanie zdławiony”. Straszono stoczniowców desantem.

Musieli to być „ruski”

W środę, 16 grudnia, nad ranem do Gdańska wkroczyły oddziały wojska, wjechały czołgi i transportery opancerzone. Załogi Stoczni im. Lenina, Remontowej i Północnej w całości przystąpiły do strajku okupacyjnego. Inne zakłady ogłosiły strajki solidarnościowe. Rano Stocznia im. Lenina była już obstawiona wojskiem. Wszystkie bramy były zablokowane. Czarniecki wspomina tragiczne wydarzenia, jakie rozegrały się tego dnia rano.

– Rano pod budynkiem dyrekcji był wiec. Później ludzie gromadzili się pod bramą stoczni. Wtedy w stoczni pracowało ponad 16 tysięcy ludzi. To była potęga, z którą każdy musiał sie liczyć. Więc nawet jeśli zebrała się tam tylko część stoczniowców, to było ich zapewne około 5 tysięcy. Otworzyliśmy bramę. Staliśmy może pół godziny, może godzinę. Wydawało się, że czas ciągnie się w nieskończoność.

Trwała swoista wojna psychologiczna między żołnierzami i stoczniowcami. Ze stoczniowych głośników nadawano do żołnierzy komunikaty, aby nie występowali przeciwko „swoim braciom”. Wielu stoczniowców nie wierzyło, że to jest wojsko polskie, twierdzono, że to „ruscy”. Ludzie skupieni przy bramie wołali do żołnierzy: „Wojsko z nami!”. Stoczniowcy, tak jak poprzedniego dnia, chcieli w pochodzie opuścić zakład pracy. Przez megafony wojskowe ostrzegano, żeby nie wychodzili poza bramę zakładu. Tłum napierał. I wtedy padły strzały.

– Ludzie chcieli koniecznie wyjść – opowiada Czarniecki. – Strzały padły w momencie, kiedy wydawało się, że tłum lada moment ruszy. To nie była salwa, tylko krótkie nieskoordynowane wystrzały. Ja nie stałem w pierwszym rzędzie. Stałem kilka metrów dalej. Pamiętam, usłyszałem wołanie jednego z kolegów, chyba Stefana Kuklińskiego, żeby się nie bać, bo strzelają ze „ślepaków”. Jednak po pierwszych strzałach nastąpiła panika. Ludzie uciekali. Ja nadal stałem i nagle zobaczyłem, że najwięcej bezwładnych ciał leżało nie pod bramą, ale pomiędzy kioskiem i szpitalem. Przed bramą też leżeli, jednym z nich był na pewno Stefan Mosiewicz – 22-letni pracownik wydziału W-1. Nie wiedziałem, czy są ranni, czy zabici, widziałem jedynie, że Mosiewicz zginął. Moim zdaniem strzelano do nich z wieżowca, w którym kwaterowano pracowników armatora radzieckiego. Słyszałem wołania ludzi. Wtedy ja też spanikowałem i uciekłem.

Na wszystkich bramach, halach i dźwigach pojawiły się opuszczone do pół masztu, przepasane czarną krepą, flagi narodowe. Po tej tragedii zreorganizowano w stoczni komitet strajkowy. Usunięto z niego osoby należące do partii i związane z dyrekcją zakładu. Wyłoniono prezydium, w którego skład wchodził również Lech Wałęsa. Ogłoszono strajk okupacyjny.

Na spotkaniu w KW MO w Gdańsku Zenon Kliszko powiedział do przedstawicieli Stoczni im. Lenina – dyrektora, sekretarza komitetu zakładowego i szefa produkcji wydziałów kadłubowych: „Nieważne jest, że zginie 200 lub więcej stoczniowców… Zostanie zburzona stocznia, a na gruzach starej zbudujemy nową, z nową załogą”.

W tajnej notatce dla MSW dotyczącej aktualnej sytuacji w kraju pominięto kwestię strzelania do robotników. Zginęło tam wtedy dwóch stoczniowców, a jedenastu zostało rannych.

 

Grudzień był szary i przerażający

W czwartek, 17 grudnia, pod groźbą zbombardowania stoczni stoczniowcy zmuszeni zostali do opuszczenia zakładu pracy. Wychodzili w małych, pięcioosobowych grupach. Strajk okupacyjny przerwano również w Stoczni Północnej i Remontowej. Tego dnia tuż przed 6 rano rozpoczęła się masakra w Gdyni.

Ten grudniowy protest robotnicy przegrali, ale zyskali wiarę, że z władzą socjalistycznej Polski można i należy walczyć.

– Wtedy nie miałem świadomości historycznej wagi tamtych wydarzeń. Dopiero dzisiaj. To były podwaliny Sierpnia 1980 r. – mówi z przekonaniem Jerzy Czarniecki. – Był Sierpień, bo był wcześniej Grudzień. Ale Grudzień był szary, ponury, brutalny, przerażający. Sierpień natomiast – piękny i radosny. To wtedy wybuchła demokracja. W Sierpniu wiedzieliśmy, że władza nie postąpi tak z protestującymi, jak zrobiła to w Grudniu. Nie użyje broni. Nigdy, do końca życia nie zapomnę Grudnia. Mogłem zginąć, obok mnie przecież padali ludzie. Myślę, że właśnie dlatego działam w „Solidarności”.

Jerzy Czarniecki nie wybaczył winnym tamtej zbrodni. Oczekuje sprawiedliwego procesu. Ma pretensje do ówczesnych władz, ale również do żołnierzy, którzy strzelali.

– Ja na ich miejscu nigdy nie użyłbym broni – mówi Czarniecki. – To pewnie prawda, że żołnierzy okłamywano, że w stoczni zebrały się same szumowiny, że wśród protestujących są Niemcy, którzy walczą o powrót Gdańska do Niemiec. Sam jednak słyszałem, jak stoczniowcy próbowali przekonać żołnierzy, że po drugiej stronie stoją zwykli robotnicy. Ja też wtedy do nich krzyczałem.

Czarniecki, który jest obecnie świadkiem w procesie w sprawie Grudnia ’70, chciałby, aby tam w sądzie udowodniono winę Jaruzelskiemu Kociołkowi, Ło-motowi, Kruczkowi, a także wielu innym.

– Nie chciałbym, żeby wsadzono ich do więzienia – przekonuje Czarniecki. – To przecież najczęściej już starzy i schorowani ludzie. Ale trzeba im udowodnić przywódczą rolę w krwawym tłumieniu słusznych robotniczych protestów. A społeczeństwo powinno się o tym dowiedzieć. Winni powinni z tym piętnem chodzić do końca życia.

Olga Zielińska

Korzystano również z materiałów zawartych w: „Grudzień 1970

w dokumentach MSW” J. Eislera oraz „Grudzień 1970”, Paryż 1986


Film

Mniejsze zło

Filmy „więzienne” miały w polskim kinie do niedawna z reguły polityczne zacięcie. Wystarczy przypomnieć choćby „Przesłuchanie” Bugajskiego czy „Nadzór” Saniewskiego. Dziś więzienie przestało być symbolem martyrologii, młodzi reżyserzy ukazują je jako świat osobny, w którym sprawdzianowi ostatecznemu podlegają ludzkie systemy wartości.

„Symetria” to film właśnie o hierarchii wartości, która musi przejść próbę ostateczną. Konrad Niewolski, który sam spędził jakiś czas w więzieniu, mówi nam, że nie ma tam miejsca na udawanie. Jak powiada jeden z bohaterów: „Na wolności możesz odwrócić się od jakiegoś problemu, odejść, udać, że nie widzisz. Tu tak nie można”.

Łukasz, student geografii, po wyjściu z kina zostaje zatrzymany przez policję. Na komisariacie zostaje rozpoznany przez staruszkę, która właśnie padła ofiarą napadu, jako jego sprawca. Nie ma biletu z kina, nie ma świadków, w kinie był sam. Zaczyna się koszmar, który wciąga widzów równie bezapelacyjnie, jak naszego bohatera wciągnął świat cel. Ten koszmar odczuwamy tym silniej, że przecież sami siedzimy właśnie w kinie i tylko odrobiny wyobraźni potrzeba, by pomyśleć, że za godzinę spotkać nas może taki sam los. No i jeszcze niesamowita, pełna grozy i docierająca gdzieś do samych trzewi muzyka Michała Lorenca (kto widział „Bandytę” ten wie, co możemy usłyszeć z głośników).

Zaczyna się podróż przez piekło. Naiwny student z własnego wyboru trafia do celi „grypsujących”, czyli recydywistów i więziennej „elity”. Oznacza to, że musi przejść twardą szkołę więziennego życia. Przyjmuje obowiązujące tu brutalne reguły, niewiele mające wspólnego z jego dotychczasowym życiem, w końcu zdaje więzienny egzamin u bossów odsiadujących długoletnie wyroki i staje się „git”.

Przypieczętowuje swój los przyczyniając się do śmierci jednego ze współwięźniów, pedofila mającego niebawem wyjść na wolność. Więźniowie stwierdzają, że nie mogą na to pozwolić, bo skrzywdzi kolejne dziecko. Łukasz ma małą siostrzyczkę i ta wizja bardzo do niego przemawia. Chociaż jego sprawa miała być niebawem umorzona, dokonuje wyboru, który przypieczętowuje jego los. Po współudziale w zabójstwie zostanie w celi prawdopodobnie na długie jeszcze lata.

Więzienie wciągnęło swą kolejną ofiarę, tak jak wciąga ludzi słabych, samotnych, bez mocnych podstaw moralnych. Nasz bohater odpowiedziałby, że wybrał lepiej, wybrał mniejsze zło. Według jego (czy tylko uznanych za własne) kalkulacji, lepiej zabić człowieka niż pozwolić na hipotetyczną krzywdę niewinnych dzieci. Wygrał jednak tak naprawdę instynkt stadny, chęć przynależności do jakiejś wspólnoty, akceptacji. Na wolności przecież nikt nie czekał. Przegrał za to dekalog.

Jarosław Wierzchołowski

Symetria”, reż. i scenariusz Konrad Niewolski, muzyka Michał Lorenc; występują m.in. Arkadiusz Detmer, Andrzej Chyra, Mariusz Jakus, Borys Szyc, Janusz Bukowski, Marcin Jędrzejowski, Kinga Preis, Paweł Szczęsny


 

Polecamy – odradzamy

 

Warto obejrzeć

  • „Rosyjska arka”, reż. Aleksander Sokurow – Niezwykły film, choć złośliwi mogliby zarzucić reżyserowi uprawianie sztuki dla sztuki. Z pewnością trzeba to zobaczyć i nie dać się przygnieść erudycji twórcy.

  • „Tajemnica Aleksandry”, reż. Rolf de Heer – Film kameralny, w zasadzie do przeniesienia bez szczególnych zabiegów na deski teatralne. Panuje w nim klimat niczym w najbardziej somnambulicznych dziełach Lyncha, widz zostaje wciśnięty w fotel i z niepokojem czeka na kolejne zwroty sytuacji. Ale to nie żaden kryminał czy pospolita sensacja, tu w grę wchodzą najprawdziwsze, najbardziej skrywane emocje.

Można obejrzeć

  • „Mój brat niedźwiedź”, reż. Aaron Blaise i Robert Walter – Zastanówcie się dobrze, czy iść na ten film z dziećmi. Jest przepiękny, widowiskowy, ale nie wiem, ile lat musi mieć dziecko, by zrozumieć wszystkie zawiłości fabuły. A jak ma już wystarczająco dużo, to woli oglądać coś zupełnie innego. No i ta ideologia – neopogaństwo i New Age jak nic. A więc to chyba film tylko dla dorosłych.

  • „Ostatni samuraj”, reż. Edward Zwick – Kolejny hollywoodzki fresk batalistyczny. Żeby nie było nudno, tym razem z udziałem Japończyków. Polecamy głównie wielbicielom tych ostatnich oraz Toma Cruise’a.

Szkoda na to czasu

  • „Uśmiech Mony Lizy”, reż. Mike Newell – „Stowarzyszenie umarłych poetów” w wersji feministycznej, ale tak samo łopatologiczne i ckliwe. No i ten nieśmiertelny Hollywood.


Przemoc w gimnazjum

Z dyskoteki pod eskortą

W jaki sposób przejawia się agresja młodzieży gimnazjalnej, skąd się ona bierze i w jaki sposób rozmaite placówki wychowawcze usiłują jej przeciwdziałać mówiono na konferencji „Problemy wychowawcze w gimnazjum – możliwości wspierania nauczyciela.” Spotkanie odbyło się 5 lutego br. w Centrum Edukacji Dorosłych w Tczewie.

Okres kształcenia się w gimnazjum jako „czas buntu” wśród młodzeży określiły w swoim wystąpieniu Beata Jaworska i Katarzyna Kaszuba, pełniące funkcje pedagogów szkolnych w gimnazjach tczewskim i malborskim. Ich zdaniem uczeń gimnazjum woli często „być kimś złym niż nikim”. Grupową agresję wzmaga kultura masowa, promująca zło i brzydotę, wprowadzająca chaos pojęciowy, destrukcyjna wobec wartości.

Poważnym ograniczeniem możliwości wychowawczych jest także położenie nacisku na prawa ucznia, z pominięciem praw nauczyciela. Do tego dochodzi coraz bardziej roszczeniowy stosunek rodziców do szkoły, który wyraża się w zrzucaniu na nią ciężaru wychowywania dziecka. Oczywiście, podstawowymi wychowawcami dziecka pozostaną zawsze jego rodzice. Są oni jednak coraz bardziej pobłażliwi dla arogancji swoich pociech, tłumacząc niewłaściwe zachowania koniecznością radzenia sobie w życiu.

Zdaniem Bogdana Badzionga, burmistrza Gniewa, powodem specjalnych problemów wychowawczych młodzieży gimnazjalnej jest m.in. oderwanie jej od rodzimego środowiska, w którym uczniowie byli powszechnie znani. Burmistrz postulował także poprawę ochrony prawnej nauczyciela oraz organizowanie większej liczby zajęć pozaszkolnych.

Wskazywano na modelowe przykłady wsparcia wychowawców ze strony klubów i świetlic środowiskowych. Najoryginalniejszym pomysłem może poszczycić się w tym względzie Malbork, w którym dyskoteki odbywają się w komendzie policji, a na prośbę uczestników są oni odwożeni do domu radiowozem. Organizatorami konferencji byli: KM NSZZ „S” Pracowników Oświaty i Wychowania Rejon Tczew oraz KM NSZZ „S” Pracowników Oświaty i Wychowania w Malborku. W roli współorganizatora wystąpiło Centrum Edukacji Dorosłych w Tczewie.

Spotkanie na temat agresji w szkole odbyło się już wcześniej w Kartuzach, następne zostanie zorganizowane w marcu br. w Gdyni. Rozpoczął się także cykl konferencji. „Jak pomóc nauczycielowi w rozwiązywaniu problemów wychowawczych” – najbliższe odbędą się 5 marca w Gdyni i 23 marca w Pucku.

Elżbieta Banecka


O Lechu Bądkowskim

Solidaryzm i „Solidarność”

W polskim życiu publicznym panuje deficyt sposobu myślenia, który reprezentował Lech Bądkowski – mówiono w czasie sympozjum poświęconego postaci tego pomorskiego pisarza i publicysty, pierwszego rzecznika prasowego „Solidarności”, które odbyło się 23 lutego br. w Centralnym Muzeum Morskim w Gdańsku.

Seminarium zostało zorganizowane w 20 rocznicę śmierci Lecha Bądkowskiego. Organizatorzy postanowili z tej okazji przypomnieć jego dorobek publicystyczny i sposób myślenia o Polsce. – To myślenie chłodne, pragmatyczne i analityczne, ale jednocześnie otwarte – podkreślano.

Tadeusz Bolduan, historyk i publicysta, współzałożyciel Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego, mówił o związku Lecha Bądkowskiego z „Solidarnością”. Bądkowski jako pierwszy określił ruch „S” jako powstanie narodowe, a stan wojenny uważał jedynie za epizod w tym powstaniu. W PRL-u był jednym z nielicznych, którzy odważali się myśleć o przyszłości polskiej państwowości w kategoriach niepodległości i wolności.

Bądkowski, który przeciwstawiał się wszelkim skrajnościom, głosił solidaryzm społeczny, przystosowany do polskich realiów. Polegać on miał na ciężkiej, mozolnej pracy nad utrwalaniem zdobyczy poszerzających strefę wolności społeczeństwa. Przeciwstawiał go idei rewolucyjnych zmian, której był zdecydowanym przeciwnikiem.

To właśnie „gorące głowy” i ogólna prowizorka organizacyjna odstręczyła Lecha Bądkowskiego od „Solidarności” w 1980 r.,w której działalność zaangażował się już w sierpniu. Zajął się natomiast redagowaniem rubryki „Samorządność” w „Dzienniku Bałtyckim”. Zarząd Regionu Gdańskiego „Solidarności” rozpoczął także wydawanie tygodnika „Samorządność”, będącego kontynuacją rubryki. Do 13 grudnia wydano jedynie trzy jego numery.

Na seminarium podkreślano także zaangażowanie się Lecha Bądkowskiego w sprawy Pomorza i jego udział w ruchu kaszubsko-pomorskim, którego był gorącym orędownikiem. Wiele miejsca poświęcono także warsztatowi pisarskiemu pierwszego rzecznika „S”.

(jw)


Magazynek podręczny pod redakcją Marty Pióro

 

Mniej

O 1/3 zmniejszył się cały rynek budowlany w Polsce w ciągu ostatnich 3 lat.

W tym czasie z firm budowlanych z powodu zwolnień odeszło 130 tys. pracowników.

 

Więcej

O 6 mld zł więcej niż w 2002 r. wydał w ubiegłym roku budżet państwa. Łącznie wydatki budżetowe wyniosły 189 mld zł.

 

Drogie drogi

Wprawdzie autostrad mamy niewiele, ale te, które już powstały, należą do najdroższych w Europie. Drożej niż w Polsce jeździ się tylko na Węgrzech i w Szwajcarii. Za przejazd 10 km autostradą kierowca tira musi zapłacić na Węgrzech 19,60 zł, a w Szwajcarii 18,60 zł. W Polsce za ten sam odcinek drogi trzeba zapłacić 8,70 zł.

Wysokie ceny za przejazdy autostradami powodują, że kierowcy je omijają. Na bocznych drogach, równoległych do autostrad, natężenie ruchu znacznie wzrosło. Przejazd autostradą z Konina do Poznania samochodem osobowym kosztuje 20 zł, a tirem aż 72 zł. Przed wprowadzeniem opłat równoległą do autostrady A2 drogą jeździło 5,2 tys. pojazdów na dobę. W styczniu pojazdów było już o 2,5 tys. więcej. Najwięcej, bo aż o 260 proc., wzrosła liczba przejeżdżających tamtędy ciężarówek.

Niestety, drogi są zupełnie nieprzygotowane do zwiększonego natężenia ruchu. W II półroczu 2002 r. na odcinku drogi równoległej do A2 z Wrześni do Konina było 141 kolizji i 22 wypadki. Już w I półroczu 2003 liczby wzrosły do odpowiednio – 195 i 33. Z 2 do 6 wzrosła liczba zabitych, a z 24 do 52 liczba rannych.

 

Jeszcze o drogach

Suchej nitki na urzędnikach odpowiedzialnych za budowę dróg i autostrad nie pozostawił raport Najwyższej Izby Kontroli. W okresie, który objęła kontrola, oddano do użytku 136 km autostrad. NIK zarzuca urzędnikom, że środki uruchomione na budowę dróg zostały wydane niecelowo i niegospodarnie. Zamiast budować autostrady, sporządzano kosztowne programy ich budowy. Za opóźnienia w wydaniu przepisów i przeprowadzeniu przetargów płaci budżet państwa. Właśnie z tego powodu 170 mln zł rocznie traci państwo nie pobierając opłat za przejazd na wybudowanej trasie Wrocław – Katowice.

NIK negatywnie ocenia niewykorzystanie 30 proc. środków pomocowych z UE przez Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad. Co gorsza, pieniądze, które wydano, zostały wykorzystane niegospodarnie, m.in. na zakup nowych samochodów. Główną księgową GDDKiA podejrzewa się o narażenie firmy na szkodę sięgającą 2,5 mln zł.

 

Szkolne oszczędności

Z powodu złej sytuacji materialnej polskie rodziny ograniczają wydatki na edukację swoich dzieci. W badaniach przeprowadzonych przez Główny Urząd Statystyczny w ubiegłym roku, tylko co dziesiąta rodzina stwierdziła, że odczuwa w swoim budżecie wydatki szkolne w niewielkim stopniu. Dla co trzeciej rodziny koszty ponoszone na edukację dzieci stanowią poważne obciążenie finansowe. Najczęściej rodzice oszczędzają na wpłatach na komitet rodzicielski, zajęciach dodatkowych oraz korepetycjach. W ubiegłym roku co osiemnasta rodzina zrezygnowała również z posiłków w szkole.

 

Aspołecznie apolitycznie

Większość (76 proc.) badanych przez CBOS Polaków nie chce pracować w organizacjach społecznych, stowarzyszeniach, fundacjach, związkach, partiach i samorządach. Jak wynika z badań, zaangażowanie Polaków w działalność społeczną prawie się nie zmienia.

Tylko 24 proc. badanych deklaruje, że w wolnym czasie pracuje w organizacji społecznej. Najczęściej są to komitety rodzicielskie oraz fundacje szkolne i uczelniane, związki zawodowe, organizacje religijne. Najmniejszym zainteresowanie (poniżej 1 proc.) cieszyły się grupy protestu, stowarzyszenia ochrony zabytków czy kultury regionalnej oraz partie polityczne.

 

Niezadowoleni ze służby zdrowia

Wzrasta liczba Polaków niezadowolonych z opieki zdrowotnej. 57 proc. badanych przez CBOS uważa, że w ciągu ostatniego roku jakość opieki zdrowotnej się pogorszyła. 31 proc. jest zdania, że nic się nie zmieniło, a jedynie 6 proc. zauważyło pozytywne zmiany.

Zdecydowana większość (86 proc.) respondentów uważa za niesłuszne pobieranie opłat za procedury specjalistyczne, w przypadku gdy skończą się limity na świadczenia medyczne.

Większość badanych nie akceptuje również wprowadzenia niewielkich opłat za porady lekarskie i inne świadczenia. 84 proc. respondentów jest przeciwnych opłatom za: porady lekarskie czy wystawienie recepty; 81 proc. za badania laboratoryjne, zdjęcia rentgenowskie, usg; 80 proc. za wizyty u specjalisty; 79 proc. za pobyt w szpitalu. 80 proc. respondentów jest przeciwna ograniczaniu świadczeń przysługujących w ramach ubezpieczenia do ustalonego podstawowego zestawu i pobieraniu opłat za świadczenia ponadpodstawowe. Tylko 13 proc. badanych uważa, że przyczyniłoby się to do zapewnienia właściwej opieki zdrowotnej.

 

Omijają Polskę

W ubiegłym roku kapitał zagraniczny zainwestował w Polsce 4,5 mld dolarów. Jest to wynik gorszy niż w nie najlepszym dla nas roku 2002, kiedy inwestycje zagraniczne wyniosły 6,1 mld dolarów. Ekonomiści mają nadzieję, że po wejściu do Unii Europejskiej Polska stanie się bardziej atrakcyjna dla zagranicznych inwestycji.

 

Zarobkowa emigracja

Ponad pół miliona Polaków wyjeżdża co roku za granicę do pracy. Według wyliczeń Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych rocznie przywożą do kraju ponad 2 mld euro. Pieniądze przywożone przez emigrantów stanowią około 4 proc. wszystkich zarobków Polaków. W ubiegłym roku z pomocy rodziny z zagranicy korzystało 4,16 proc. gospodarstw domowych, czyli 1,6 mln osób.

Prawie 10 proc. uczestników sondażu „Rzeczpospolitej” stwierdziło, że w ciągu ostatniego roku oni sami bądź ktoś z ich rodziny pracował za granicą. Najczęściej na wyjazd decydują się osoby ze średnim wykształceniem, drobni przedsiębiorcy, studenci, bezrobotni i pracownicy przedsiębiorstw państwowych. q

Bez zielonej karty

Od maja kierowcy podróżujący po 29 krajach Europy nie będą potrzebowali zielonej karty. Ochronę ubezpieczeniową zapewni im zwykła polisa OC. Oprócz krajów UE, będzie ona również ważna w Szwajcarii, Chorwacji, Norwegii, Liechtensteinie i na Islandii. Z tych udogodnień będą mogli skorzystać kierowcy, których samochody są zarejestrowane w Polsce.

 

Cytat miesiąca

Ja go rozumiem, choć on akurat nie miał torebki ze sobą.

Aleksandra

Jakubowska

o Leszku Millerze

Liczby

  • 82 proc. badanych przez CBOS Polaków zgodziłoby się, żeby po śmierci pobrano ich narządy do przeszczepu. Zdecydowanie przeciwko było 8 proc. badanych, a 10 proc. nie miało zdania. Według badań CBOS tylko 18 proc. badanych jest świadoma najnowszych rozwiązań prawnych dotyczących transplantacji narządów. Zgodnie z dyrektywami Unii Europejskiej obowiązuje zasada zgody domniemanej. Narządów nie można pobierać tylko w przypadku wyraźnego sprzeciwu za życia.

  • 85 lat istnieje Najwyższa Izba Kontroli.

  • 75 proc. Polaków badanych przez TNS OBOP ufa Kościołowi katolickiemu.

  • 55 mln euro wydała Unia Europejska na uszczelnienie polskich wschodnich granic.

  • 48 proc. respondentów TNS OBOP chciałoby powrócić do dyskusji nad reprywatyzacją. 37 proc. uważa, że warto wrócić do tematu dekomunizacji.

  • 10,8 proc. Czechów pod koniec stycznia pozostawało bez pracy. Od końca grudnia bezrobocie wzrosło o 27 tysięcy osób, głównie z powodu zwolnień grupowych.

  • 8,8 proc. wynosiło w grudniu bezrobocie w strefie euro.

  • W Polsce, po uwzględnieniu przez GUS danych ze spisu powszechnego, stopa bezrobocia sięgnęła 20 proc.


Ochrona pracowników pełniących funkcje z wyboru

Reprezentatywność

Prezentujemy drugą część przepisów dotyczących ochrony działaczy związkowych.

Ustawa z dnia 26 czerwca 1974 r. kodeks pracy (Dz. U. z 1998 r. Nr 21, poz. 94, Nr 106, poz. 668 i Nr 113, poz. 717, z 1999 r. Nr 99, poz. 1152, z 2000 r. Nr 19, poz. 239, Nr 43, poz. 489, Nr 107, poz. 1127 i Nr 120, poz. 1268, z 2001 r. Nr 11, poz. 84, Nr 28, poz. 301, Nr 52, poz. 538, Nr 99, poz. 1075, Nr 111, poz. 1194, Nr 123, poz. 1354, Nr 128, poz. 1405 i Nr 154, poz. 1805 oraz z 2002 r. Nr 74, poz. 676) określa:

 

Reprezentatywność

Art. 24117. § 1. Reprezentatywną organizacją związkową jest ponadzakładowa organizacja związkowa zrzeszająca:

1) co najmniej pięćset tysięcy pracowników lub

2) o najmniej 10 proc. ogółu pracowników objętych zakresem działania statutu, nie mniej jednak niż dziesięć tysięcy pracowników, lub

3) największą liczbę pracowników, dla których ma być zawarty określony układ ponadzakładowy.

Art. 24125a. (178) § 1. Reprezentatywną zakładową organizacją związkową jest organizacja związkowa:

1) będąca jednostką organizacyjną albo organizacją członkowską ponadzakładowej organizacji związkowej uznanej za reprezentatywną na podstawie art. 24117 § 1 pkt 1, pod warunkiem że zrzesza ona co najmniej 7 proc. pracowników zatrudnionych u pracodawcy, lub

2) zrzeszająca co najmniej 10 proc. pracowników zatrudnionych u pracodawcy.

 

Przykład I

organizacja zakładowa

  • Zakładowa organizacja związkowa NSZZ „S” liczy 10 członków pracujących w szkole X

  • Ogółem w szkole X zatrudnionych jest 100 pracowników

  • 7 proc. z liczby 100 = 7 osób

  • 10 proc. z liczby 100 = 10 osób

Wniosek: Zakładowa Organizacja Związkowa NSZZ „S” działająca w szkole X jest reprezentatywna z dwóch powodów, gdyż:

1. Jest jednostką organizacyjną ponadzakładowej organizacji związkowej uznanej za reprezentatywną na podstawie art. 24117 § 1 pkt 1– czyli liczącej w skali kraju 500 tys. członków i zrzesza ona co najmniej 7 proc. pracowników zatrudnionych u pracodawcy

2. Zrzesza co najmniej 10 proc. pracowników zatrudnionych u pracodawcy

 

Przykład II

organizacja międzyzakładowa

  • Międzyzakładowa Organizacja Związkowa NSZZ „S” liczy 75 członków pracujących w szkołach X, Y, Z itd.

  • Ogółem w szkołach zatrudnionych jest 458 pracowników

  • W szkole X pracuje 50 pracowników. Członków „S” jest 5

  • 7 proc. z liczby 50 = 4 osoby

  • 10 proc. z liczby 50 = 5 osób

  • 7 proc. z liczby 458 = 32 osoby

  • 10 proc. z liczby 458 = 46 osób

Wniosek: Międzyzakładowa Organizacja Związkowa NSZZ „S” działająca w szkołach X, Y, Z jest reprezentatywna z trzech powodów gdyż:

1. Jest jednostką organizacyjną ponadzakładowej organizacji związkowej uznanej za reprezentatywną na podstawie art. 24117 § 1 pkt 1– czyli liczącej w skali kraju minimum 500 tys członków i zrzesza ona co najmniej 7 proc. pracowników zatrudnionych u pracodawców

2. Zrzesza co najmniej 10 proc. pracowników zatrudnionych u pracodawców

3. Jest reprezentatywna przynajmniej w jednej ze szkół działających w zakładzie pracy

 

Jak ustalić liczbę osób chronionych, jeżeli organizacja jest reprezentatywna

W myśl art. 32 ust. 3, 4 oraz 34 i 34 2 ustawy z dnia 23 maja 1991 r. o związkach zawodowych. (Dz. U. 79. Poz. 854 z 2001 r. z uwzględnieniem zmian w ustawie, o której mowa wyżej)

Art. 32

3. Zarząd zakładowej organizacji związkowej, reprezentatywnej w rozumieniu art. 24125a kodeksu pracy, wskazuje pracodawcy pracowników podlegających ochronie przewidzianej w ust. 1, w liczbie nie większej niż liczba osób stanowiących kadrę kierowniczą w zakładzie pracy albo liczba pracowników ustalona zgodnie z ust. 4.

4. Zarząd zakładowej organizacji związkowej, o której mowa w ust. 3, zrzeszającej do 20 członków ma prawo wskazać pracodawcy 2 pracowników podlegających ochronie przewidzianej w ust. 1, a w przypadku organizacji zrzeszającej więcej niż 20 członków będących pracownikami ma prawo wskazać, jako podlegających tej ochronie, 2 pracowników oraz dodatkowo:

1) po jednym pracowniku na każde rozpoczęte 10 członków tej organizacji będących pracownikami, w przedziale od 21 do 50 tych członków,

2) po jednym pracowniku na każde rozpoczęte 20 członków tej organizacji będących pracownikami, w przedziale od 51 do 150 tych członków,

3) po jednym pracowniku na każde rozpoczęte 30 członków tej organizacji będących pracownikami, w przedziale od 151 do 300 tych członków,

4) po jednym pracowniku na każde rozpoczęte 40 członków tej organizacji będących pracownikami, w przedziale od 301 do 500 tych członków,

5) po jednym pracowniku na każde rozpoczęte 50 członków tej organizacji będących pracownikami, w przedziale powyżej 500 tych członków.

Art. 34. 1 Przepisy art. 251-331 stosuje się do międzyzakładowej organizacji związkowej obejmującej swoim działaniem pracodawcę, z zastrzeżeniem ust. 2 oraz art. 341 i 342.

2. Przy ustalaniu prawa do zwolnienia z obowiązku świadczenia pracy, o którym mowa w art. 31 ust. 1, uwzględnia się łączną liczbę członków międzyzakładowej organizacji związkowej zatrudnionych u wszystkich pracodawców objętych działaniem tej organizacji.

Art. 342. 1. Zarząd międzyzakładowej organizacji związkowej, która w co najmniej jednym zakładzie pracy objętym jej działaniem zrzesza pracowników w liczbie wymaganej do uzyskania statusu organizacji reprezentatywnej w rozumieniu art. 24125a Kodeksu pracy, może wskazać pracowników podlegających ochronie przewidzianej w art. 32 ust. 1:

1) w liczbie ustalonej zgodnie z art. 32 ust. 3 albo 4 lub

2) w liczbie ustalonej zgodnie z art. 32 ust. 3 albo 4 w jednym zakładzie pracy wskazanym przez tę organizację spośród zakładów pracy objętych jej działaniem, w którym ta organizacja zrzesza pracowników w liczbie wymaganej do uzyskania statusu organizacji reprezentatywnej w rozumieniu art. 24125a kodeksu pracy, powiększonej o liczbę pozostałych zakładów pracy objętych działaniem tej organizacji, w których jest zatrudnionych co najmniej 10 pracowników będących jej członkami.

2. W przypadku gdy międzyzakładowa organizacja związkowa w żadnym zakładzie pracy z objętych jej działaniem nie zrzesza liczby pracowników wymaganej do uzyskania statusu organizacji reprezentatywnej w rozumieniu art. 24125a kodeksu pracy, liczba pracowników podlegających ochronie przewidzianej w art. 32 ust. 1 nie może być większa od liczby zakładów pracy objętych działaniem tej organizacji, które zatrudniają co najmniej 10 pracowników będących jej członkami.

Oznacza to, że:

1. Organizacja związkowa musi ustalić, czy w myśl wyżej przytoczonych przepisów jest reprezentatywna.

2. Organizacja związkowa musi obrać sposób obliczania liczby osób chronionych;

3. Zarząd organizacji związkowej na podstawie ustalonej przez siebie liczby osób chronionych podejmuje uchwałę o ich ochronie określając osoby chronione z imienia i nazwiska oraz czas trwania tej ochrony;

4. Przy wyborze sposobu o którym mowa w art. 32 ust. 3 ustawy o związkach zawodowych (patrz wyżej), tj. według liczby kadry kierowniczej, zarząd organizacji zakładowej zwraca się do pracodawcy (pracodawców) o podanie liczby kadry kierowniczej.

5. Organizacja międzyzakładowa może wskazać do ochrony odpowiednią liczbę członków jeżeli jest reprezentatywna przynajmniej w jednym zakładzie pracy.

6. Jeżeli organizacja nie spełnia powyższego warunku, czyli nie jest reprezentatywna w żadnej szkole objętej działaniem organizacji międzyzakładowej, liczba osób chronionych równa jest liczbie zakładów pracy, w których pracuje przynajmniej 10 członków związku.

Przykład: MOZPO NSZZ „S” w X obejmuje swoim działaniem 99 szkół, ale w żadnej z nich nie zrzesza liczby pracowników wymaganej do uzyskania statusu organizacji reprezentatywnej w rozumieniu art. 24125a kodeksu pracy, w 34 szkołach ma po 10 członków

Wniosek: Liczba osób chronionych w MOZPO NSZZ „S” w X nie może przekroczyć 34.

 

Jak sprawdzić liczbę kadry kierowniczej

W myśl art. 32 ust. 5 i 10 ustawy z dnia 23 maja 1991 r. o związkach zawodowych. (Dz. U. 79. Poz. 854 z 2001 r z uwzględnieniem zmian w ustawie, o której mowa wyżej).

Art. 32

ust. 5. Osobami stanowiącymi kadrę kierowniczą w zakładzie pracy, o których mowa w ust. 3, są kierujący jednoosobowo zakładem pracy i ich zastępcy albo wchodzący w skład kolegialnego organu zarządzającego zakładem pracy, a także inne osoby wyznaczone do dokonywania za pracodawcę czynności w sprawach z zakresu prawa pracy.

ust. 10. Minister właściwy do spraw pracy określi, w drodze rozporządzenia, szczegółowe zasady i tryb:

1) powiadamiania przez pracodawcę zarządu zakładowej organizacji związkowej o liczbie osób stanowiących kadrę kierowniczą w zakładzie pracy, o której mowa w ust. 5,

2) wskazywania przez zarząd oraz komitet założycielski zakładowej organizacji związkowej pracowników podlegających ochronie przewidzianej w ust. 1, a także dokonywania zmian w takim wskazaniu.

W myśl § 1 ust. 1 i 2 rozporządzenia ministra gospodarki, pracy i polityki społecznej z dnia 16 czerwca 2003 r. w sprawie powiadamiania przez pracodawcę zarządu zakładowej organizacji związkowej o liczbie osób stanowiących kadrę kierowniczą w zakładzie pracy oraz wskazywania przez zarząd oraz komitet założycielski zakładowej organizacji związkowej pracowników, których stosunek pracy podlega ochronie, a także dokonywania zmian w takim wskazaniu (Dz.U.03.108.1013)

§ 1. 1. Pracodawca powiadamia na piśmie zarząd zakładowej organizacji związkowej o liczbie osób stanowiących kadrę kierowniczą w zakładzie pracy, o których mowa w art. 32 ust. 5 ustawy z dnia 23 maja 1991 r. o związkach zawodowych, zwanej dalej „ustawą”.

2. Powiadomienie, o którym mowa w ust. 1, następuje w terminie 7 dni od dnia otrzymania pisemnego żądania zarządu zakładowej organizacji związkowej w celu realizacji art. 32 ust. 3 ustawy.

Oznacza to, że:

1. Organizacja związkowa zwraca się na piśmie do dyrektora (dyrektorów) szkół o podanie liczby pracowników stanowiących kadrę kierowniczą.

2. Pracodawca w ciągu 7 dni od daty otrzymania pisma zobowiązany jest taką informację przekazać.

 

Jak powiadomić pracodawcę o liczbie sposób chronionych

W myśl § 2 ust. 1 i 2 rozporządzenia ministra gospodarki, pracy i polityki społecznej z dnia 16 czerwca 2003 r. w sprawie powiadamiania przez pracodawcę zarządu zakładowej organizacji związkowej o liczbie osób stanowiących kadrę kierowniczą w zakładzie pracy oraz wskazywania przez zarząd oraz komitet założycielski zakładowej organizacji związkowej pracowników, których stosunek pracy podlega ochronie, a także dokonywania zmian w takim wskazaniu (Dz.U.03.108.1013)

§ 2. 1. Zarząd oraz komitet założycielski zakładowej organizacji związkowej imiennie wskazują pracodawcy na piśmie pracowników, których stosunek pracy podlega ochronie, o której mowa w art. 32 ust. 1 ustawy.

2. Zmiany we wskazaniu, o którym mowa w ust. 1, zarząd oraz komitet założycielski zakładowej organizacji związkowej dokonują na piśmie w terminie 7 dni od dnia zaistnienia zmiany.

Po kolei

1. Ustalamy, czy nasza organizacja zakładowa lub międzyzakładowa jest reprezentatywna.

2. Zwracamy się do pracodawcy (pracodawców) o podanie liczby kadry kierowniczej.

3. Ustalamy sposób obliczania liczby osób chronionych.

4. Podejmujemy uchwałę o liczbie osób chronionych, w uchwale wymieniamy z imienia i nazwiska osoby chronione oraz określamy termin w jakim podlegają ochronie te osoby

5. Powiadamiamy na piśmie pracodawcę (pracodawców) w załączeniu przesyłając treść uchwały.


Prawnik odpowiada

Do jakiej kwoty wolnej od podatku komisja zakładowa może udzielić zapomogi losowej?

– Według przepisów, które weszły w życie z początkiem tego roku, wolne od podatku są zapomogi otrzymane w przypadku indywidualnych zdarzeń losowych, klęsk żywiołowych, długotrwałej choroby lub śmierci – do wysokości nieprzekraczającej w roku podatkowym kwoty 2280 zł („Ustawa o PIT”, art. 21 ust. 1 pkt 26), z zastrzeżeniem pkt 40 i 79 (zwolnienia z PIT dla pomocy materialnej m.in. dla uczniów i studentów. Zwolnieniu od podatku podlegają także świadczenia z pomocy społecznej).

Czy bony i talony świąteczne podlegają podatkowi dochodowemu?

– Z początkiem tego roku zmodyfikowany został przepis mówiący o świadczeniach rzeczowych podlegających zwolnieniu podatkowemu. Co prawda art. 21 ust.1 pkt 67 ustawy o PIT mówi, że zwolniona z podatku jest wartość rzeczowych świadczeń otrzymywanych przez pracownika, sfinansowanych w całości ze środków zakładowego funduszu świadczeń socjalnych lub funduszy związków zawodowych – do wysokości nieprzekraczającej w roku podatkowym kwoty 380 zł. Rzeczowymi świadczeniami jednak nie są już bony, talony i inne znaki uprawniające do wymiany na towary lub usługi.


Żegluga

Kierowca tankowca

Armatorzy, w pogoni za większym zyskiem, redukują załogi do stanu uniemożliwiającego spełnianie nakazów prawa drogi. Fałszywy postęp, prowadzący do przesadnej automatyzacji sterowni, zwiększa prawdopodobieństwo kolizji oraz bezrobocie wśród marynarzy.

Automat nie zastąpi wyobraźni nawigatora, tak jak Internet nie zastępuje kultury. Każdy automat, bez zagwarantowania niezawodnej jego obsługi, spowoduje wypadek. Zabrakło wyobraźni koło Bornholmu 31 maja 2003 r. i do dziś z wraku „Fu Shan Hai” morze wypłukuje 65 tys. ton chemikaliów degradujących środowisko. Supermasowiec, długości 220 m, zatonął, gdy uderzył go w lewą burtę stumetrowy statek, kierowany przez jednego nawigatora. (...)

Polska administracja morska wydając zezwolenie na wpłynięcie w polską strefę ekonomiczną statku z jednoosobową wachtą, stwarza zagrożenie dla środowiska naturalnego, do którego ochrony jest zobligowana ustawą o strefie. Sprawniejsza administracja brytyjska już zabroniła na swoich wodach nawigowania po zmroku statkom z jednoosobową wachtą. Jeden oficer, podczas zbliżania się statków kursami kolizyjnymi, nie jest w stanie jednocześnie, jak wymaga prawo drogi, wykonać kilkunastu czynności, np. rozpocząć sterowanie ręczne po wyłączeniu automatu, manewrować szybkością statku przez regulowanie obrotów silnika, analizować dystanse i echa na radarze w zakresie 3 i 12 MM, sprawdzać namiar optyczny na zbliżający się statek, nawiązać łączność radiową i kontynuować uzgodnienia manewrów w odpowiednim języku, kierunkowo nadawać świetlne sygnały ostrzegawcze , budzić załogę i informować o zaistniałym zagrożeniu itp.

Gdy w nadmiernym zbliżeniu manewrują trzy jednostki, obowiązujące prawo drogi (Col-reg) umożliwia różne interpretacje. Przez polską strefę przepływają supertankowce nawet o długości 330 m – i takiego kolosa może zatopić jeden przemęczony lub lekkomyślny nawigator.

Bezpieczne podejścia do portów są niezbędne. Katastrofy morskie mogą odstraszać od portów ich klientów, np. odwiedzające je statki pasażerskie. Poza tym Bałtyk jest naszym wspólnym dobrem.

Apeluję do administracji morskiej o natychmiastowe rozpoczęcie, poprzez Międzynarodową Organizację Morską (IMO), takich działań, które doprowadziłyby do wprowadzenia na Bałtyku zakazu pływania dla statków z jednoosobową wachtą nawigacyjną, dłuższym niż 30 m. Szkoda już się stała, więc niech Polak będzie mądry po szkodzie.

kpt. ż.w. Andrzej Kaźmierczak

skrót artykułu z magazynu „Namiary”


Przedemerytalna ochrona

Niepozorna zdawałoby się zmiana art. 39 kodeksu pracy zastępująca słowa „wiek emerytalny” – słowami „uprawnienia do emerytury” rozszerzyła odczuwalnie zakres ochrony pracowników przed wypowiedzeniem umowy o pracę.

Obowiązujący do końca 2003 r. przepis tego artykułu brzmiał:

„Pracodawca nie może wypowiedzieć umowy o pracę pracownikowi, któremu brakuje nie więcej niż 2 lata do osiągnięcia wieku emerytalnego, jeżeli okres zatrudnienia umożliwia mu uzyskanie prawa do emerytury z osiągnięciem tego wieku”.

W świetle orzecznictwa Sądu Najwyższego (uzasadnienie tezy IV wytycznych SN z 27 czerwca 1985 r.; SN z 12 maja 1976 r.) przez wiek emerytalny należy rozumieć wiek określony w przepisach emerytalnych zezwalający na uzyskanie uprawnień emerytalnych w normalnym trybie.

Nie jest nim natomiast wiek, który w świetle szczególnych przepisów daje pracownikom możliwość przejścia na wcześniejszą emeryturę. W tym stanie prawnym nie mogli więc powoływać się na ochronę przed wypowiedzeniem umowy o pracę przewidzianą w art. 39 kodeksu pracy pracownice, które mając 30-letni okres składkowy i nieskładkowy ukończyły w czasie zatrudnienia 55 lat, a także pracownice i pracownicy uprawnieni do wcześniejszej emerytury z uwagi na całkowitą niezdolność do pracy, w przypadku kobiet mających 20-letni okres składkowy i nieskładkowy po osiągnięciu wieku 55 lat, zaś w przypadku mężczyzn mających 25-letni okres składkowy i nieskładkowy w wieku 60 lat.

Zarówno w starej ustawie emerytalnej, jak i w aktualnie obowiązującej z dnia 17 grudnia 1998 r. o emeryturach i rentach z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (opublikowanej w Dzienniku Ustaw nr 162, poz. 1118, ze zmian.), wiek emerytalny dla pracownic wynosił i wynosi 60 lat, przy co najmniej 20-letnim stażu pracy, dla pracowników zaś 65 lat przy 25-letnim stażu pracy.

Przepis ten wprowadzał bezwzględny zakaz wypowiadania przez pracodawców umów o pracę tym pracownicom, które osiągnęły wiek 58 lat i tym pracownikom, którzy osiągnęli wiek 63 lat.

Zakaz wypowiadania umów odnosił się do wszystkich rodzajów umów, które mogły być wypowiedziane. Nie dotyczyły jedynie umów o pracę zawartych na czas określony oraz na podstawie powołania.

Zakaz ten nie ograniczał się tylko do rozwiązywania umów o pracę „za wypowiedzeniem”. Rozciągał się on również z pewnymi wyjątkami na tak zwane wypowiedzenia zmieniające, które w konsekwencji powodowały pogorszenie warunków pracy i płacy po upływie okresu wypowiedzenia, a jeśli pracownik ich nie przyjął - rozwiązanie umowy o pracę.

Od dnia 1 stycznia 2004 r., w wyniku kolejnej nowelizacji kodeksu pracy, artykuł 39 został przeredagowany otrzymując następujące brzmienie: „Pracodawca nie może wypowiedzieć umowy o pracę pracownikowi, któremu brakuje nie więcej niż dwa lata do nabycia prawa do emerytury z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych.”

Zamiast więc słów: „do osiągnięcia wieku emerytalnego”, ustawodawca użył słów: „do nabycia prawa do emerytury z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych.”

W konsekwencji wprowadzonej zmiany art. 39 kodeksu pracy okres ochronny przed wypowiedzeniem przyszłych emerytur został znacznie rozszerzony – o 5 lat wcześniej niż dotychczas pracobiorca nie będzie mógł wypowiedzieć uprawnionym do wcześniejszej emerytury umów o pracę. Dla kobiet może to być osiągnięcie wieku 53 lat, dla mężczyzn – 58 lat.

Pamiętać jednak musimy, że zakaz wypowiadania umów o pracę w okresie ochronnym nie dotyczy pracowników, którzy uzyskali prawo do renty z tytułu całkowitej niezdolności do pracy (art. 40 k.p.).

Art. 39 nie stosuje się też w razie ogłoszenia upadłości lub likwidacji pracodawcy (art. 411 k.p.).

Podobnie jak uprzednio, ochrona z art.39 odnosi się też do tzw. wypowiedzeń zmieniających.

Ochrona ta nie dotyczy jednak sytuacji, gdy wypowiedzenie warunków płacy i pracy stało się konieczne ze względu na:

  • wprowadzenie nowych zasad wynagradzania dotyczących ogółu pracowników zatrudnionych u danego pracodawcy lub też grupy, do której pracownik należy;

  • stwierdzoną orzeczeniem lekarskim niezdolność do wykonywania dotychczasowej pracy albo niezawinioną przez pracownika utratę uprawnień koniecznych do jej wykonywania.

Długo jednak nie nacieszymy się dobrodziejstwem tego przepisu. Z końcem 2006 r. wygasają wcześniejsze emerytury i nie będą już one przyznawane od 1 stycznia 2007 r.

Marian Podgóreczny


Zmiany w kodeksie pracy – cz. I

Podstawowym celem nowelizacji kodeksu pracy, dokonanej na podstawie ustawy z dnia 14 listopada 2003 roku, było dostosowanie polskiego prawa pracy do prawa Unii Europejskiej.

 

Zakaz dyskryminacji

Zakaz dyskryminacji w zatrudnieniu został rozszerzony o nowe przesłanki (podstawy antydyskryminujące). Nie wolno dyskryminować pracownika nie tylko ze względu na płeć, wiek, niepełnosprawność, rasę, narodowość, przekonania – zwłaszcza polityczne lub religijne, przynależność związkową, ale również pochodzenie etniczne, wyznanie, orientację seksualną, zatrudnienie na czas określony lub nieokreślony albo w pełnym lub w niepełnym wymiarze czasu pracy (art. 113 k.p.). Pracodawca powinien więc równo traktować, ze względu na powyższe kryteria, wszystkich pracowników (art. 183a par. 1 k.p.).

Nowela wprowadziła też definicję molestowania i molestowania seksualnego. Molestowanie oznacza zachowanie, którego celem lub skutkiem jest naruszenie godności albo poniżenie lub upokorzenie człowieka (art. 183a par. 5 pkt 2 k.p.). Oznacza to, że już samo stworzenie przez pracodawcę lub dopuszczenie do stworzenia przez inne osoby, wrogiego pracownikowi, poniżającego go, upokarzającego środowiska pracy będzie potraktowane jako molestowanie pracownika. Natomiast molestowanie seksualne to każde nieakceptowane zachowanie o charakterze seksualnym lub odnoszące się do płci pracownika, którego celem lub skutkiem jest naruszenie godności lub poniżenie albo upokorzenie pracownika; na zachowanie to mogą składać się fizyczne, werbalne lub pozawerbalne elementy (art. 183a par. 6 k.p.).

Nadal obowiązuje zasada, iż ciężar dowodu w sprawach o naruszenie nakazu równego traktowania w zatrudnieniu spoczywa na pracodawcy (art. 1836 par. 1 k.p.). To pracodawca musi udowodnić, że nie naruszył zakazu dyskryminacji kierując się w swoim zachowaniu wobec pracownika obiektywnymi powodami.

 

Jakich danych osobowych może żądać pracodawca

Konstytucja RP stanowi, że nikt nie może być obowiązany do ujawniania informacji dotyczących jego osoby inaczej niż na podstawie ustawy. Ustawodawca w art. 221 k.p. zamieścił więc katalog danych osobowych, których pracodawca ma prawo domagać się od osoby ubiegającej się o zatrudnienie. Są to dane niezbędne do zatrudnienia pracownika, a mianowicie imię i nazwisko, imiona rodziców, data urodzenia, miejsce urodzenia, miejsce zamieszkania (adres do korespondencji), wykształcenie i przebieg dotychczasowego zatrudnienia.

Od osoby zatrudnionej ma prawo żądać niezależnie od ww. danych osobowych także innych danych osobowych pracownika oraz imion i nazwisk, dat urodzenia dzieci pracownika, jeżeli podanie takich danych jest konieczne ze względu na korzystanie przez pracownika ze szczególnych uprawnień przewidzianych w prawie pracy, a także numeru PESEL pracownika nadanego przez Rządowe Centrum Informatyczne Powszechnego Elektronicznego Systemu Ewidencji Ludności (RCI PESEL).

Pracownik ma zatem obowiązek podania danych osobowych swoich dzieci, jeżeli chce korzystać z uprawnień związanych z ich posiadaniem.

Udostępnienie pracodawcy danych następuje w formie oświadczenia osoby, której owe dotyczą. Pracodawca ma jednak prawo żądać udokumentowania ww. danych osobowych.

Obowiązek podania danych osobowych może wynikać z odrębnych przepisów, np. konieczności złożenia pracodawcy zaświadczenia o niekaralności.

Tomasz Wiecki


Okiem psychologa

Bajkowy świat

Jestem straszliwie przeziębiony. Leżę bez ducha, otoczony stertą lekarstw i chusteczek do nosa. Na razie tabletki nie pomagają i pozostaje mi jedynie nadzieja, że przeziębienie, leczone czy nieleczone, trwa tylko około tygodnia.

Kątem oka obserwuję dzieci, które chyba z litości dla mojej biednej głowy w ciszy zajęły się swoimi sprawami. Monika odrabia lekcje – uczy się na pamięć wiersza Adama Mickiewicza pod tytułem „Pani Twardowska”:

Wtem, gdy wódkę pił z kielicha,

Kielich zaświsał, zazgrzytał;

Patrzy na dno: co u licha?

Po coś tu kumie, zawitał?

Diablik to był w wódce na dnie,

Istny Niemiec, sztuczka kusa;

Skłonił się gościom układnie,

Zdjął kapelusz i dał susa.

Z kielicha aż na podłogę

Pada, rośnie na dwa łokcie,

Nos jak haczyk, kurzą nogę

I krogulcze ma paznokcie.

Diabeł jak żywy! Mefistofeles w naszym domu! Ale czart zaraz czmychnie, gdy mu Twardowski swą żonę zaproponuje w ramach wymiany za diabelskie usługi.

W drugim kącie pokoju Mikołaj w skupieniu poznaje kolejne przygody Harry’ego Pottera. Bajkowy, magiczny świat pochłonął go bez reszty. Ja muszę jeszcze poczekać z tą lekturą. Ustaliliśmy rodzinną kolejkę i jestem w niej następny po Mikołaju. Zastanawiam się, co takiego oferują nam bajki i baśnie, że jako dzieci, ale często także jako dorośli, tak chętnie po nie sięgamy.

Psychologowie nie mają wątpliwości, że baśnie mają wpływ na kształtowanie się osobowości dziecka. Baśń w sposób obrazowy, atrakcyjny i – co ważne – dostosowany do poziomu intelektualnego, pokazuje dziecku modele zachowań ludzkich, podaje konkretne wzorce osobowe, mówi o spełnianiu pragnień, o pokonywaniu rywali i wrogów. Baśń pozwala na przeżywanie fantastycznych przygód, o których marzy każdy człowiek. Baśnie skłaniają dzieci do fantazjowania, co ma duże znaczenie dla ich rozwoju intelektualnego. Psychoanalitycy sądzą, że baśń jest uzupełnieniem doświadczeń dzieciństwa – okresu pełnego czaru i tajemniczości otaczającego nas świata - o treści, które torują drogę dla wrażliwości i uczuć człowieka dorosłego. Okres dzieciństwa zostaje na zawsze w pamięci człowieka i staje się często kanwą dla jego późniejszej twórczości poetyckiej i artystycznej.

Baśń jest najlepszym towarzyszem dziecka, przyjacielem, który wprowadza je do świata rzeczywistego. Dzieci lubią identyfikować się z jej bohaterami, co jest łatwe, gdy są oni rysowani w sposób czarno-biały. Dla małego dziecka taka prostota jest bardzo ważna. Baśń przemawia do psychiki dziecka: zachwyca i poucza, kształtuje uczucia i wyobraźnię, ćwiczy pamięć i zdolność logicznego myślenia, rozwija myślenie intuicyjne, pokazuje związki między zjawiskami, rzeczami i ludźmi, pozwala zrozumieć ludzkie problemy i dążenia, uczy zasad moralnych i szlachetnego postępowania, wprowadza w tradycję kulturową, pozwala poznać życie i obyczaje ludzi z różnych krajów i różnych kultur.

Kiedyś, gdy nie było radia i telewizji, baśnie opowiadali dzieciom dorośli. Dzieci słuchały baśni przekazywanych z pokolenia na pokolenie lub wymyślanych naprędce. Siedziały wpatrzone w babcię, która pięknie opowiadała im o królewnach i królewiczach, smokach, rycerzach i czarownicach. A wszystko to działo się dawno, dawno temu, za siedmioma morzami i górami... Historie były bardzo tajemnicze, nieraz straszne, ale za to babcia czy mama siedziała w pobliżu i zawsze można było przytulić się do niej i poczuć się bezpiecznie. Dzieci słuchały i przeżywały emocje wcale nie mniejsze od tych, których dzisiaj dostarczają im przygody Harry’ego Pottera. Niestety, obecnie bliskiego, znanego, kochanego przez dziecko opiekuna zastępuje coraz częściej szklany ekran.

Rodzice, którzy opowiadają lub choćby czytają swym dzieciom bajki czy baśnie, nie tylko rozwijają wyobraźnię dziecka, jego kreatywność, ale też lepiej je rozumieją i budują w ten sposób szczególny rodzaj porozumienia i bliskości z dzieckiem. Czytanie dziecku bajek zawiera element odkrywania świata, wspólnego przeżywania i rodzi nowe, pozytywne relacje między rodzicami a dziećmi. Daje dziecku potrzebną mu uwagę ze strony rodzica i poczucie akceptacji.

Wspólne czytanie bajek, tak jak wspólna zabawa, jest doskonałą okazją do bycia razem i do tworzenia rodzinnej więzi. Dla rodzica, szczególnie tego zapracowanego i żyjącego w wiecznym pośpiechu, są to momenty relaksu, powrotu do ulubionych bajek z własnego dzieciństwa i chwile przekazywania dziecku swych doświadczeń oraz miłości. Ustala się bardziej intymna więź, czego wyrazem są często określenia z bajek, które szczególnie zapadły w pamięć i po wspólnej lekturze stają się nowym językiem, znanym tylko wtajemniczonym. I tak powoli baśniowy świat wkracza w rzeczywisty, czyniąc go coraz piękniejszym.

Marek Hojczyk


Porady ojca Grande

Post nie jest odchudzaniem

Na podstawie materiałów gromadzonych podczas powstawania wywiadów z ojcem Janem Grande z Wrocławia, które ukazały się w książce „Ojca Grande przepisy na zdrowe życie”, publikujemy dalszy ciąg porad i refleksji słynnego zakonnika.

 

– Ojcze Janie, jak dzisiaj określić właściwą ilościową normę w jedzeniu?

– Kierujmy się następującą zasadą: nie należy wstawać od stołu z uczuciem, że żołądek jest zbyt ciężki. Trzeba mieć swoją grzecznościową normę, coś, co można nazwać „inteligencją na talerzu”: wezmę trzy ziemniaczki, a nie pięć, odkroję kawałek z dużego kotleta, a resztę zostawię na półmisku... Nie należy też nigdy jeść „po polsku”, nabierając na jeden widelec ziemniaki z sosem, mięso i jarzynkę, tylko przestrzegać pewnej kolejności. Najpierw powinno się skonsumować jarzynkę, następnie mięso, na końcu – ziemniaki. Taka kolejność zapobiega trawiennej schizofrenii. Kiedy nawrzucamy do żołądka mieszaninę składników o różnym czasie trawienia, to ta nasza „betoniarka” wprost nie wie od czego zacząć. W efekcie mamy wzdęcia, biegunki, bóle...

– Co ojciec Jan sądzi o dietach przegłodzeniowych?

– Wszelkie tego typu nowomodne praktyki prowadzą do paskudnych następstw. Wyprowadzałem niejedną ofiarę diety-cud z jadłowstrętu, który jest poważną chorobą psychiczną. Przeciwny też jestem modzie na ascezę żywieniową, którą wprowadzają do Polski zamerykanizowani hinduiści (nie ma to nic wspólnego z prawdziwymi naukami Wschodu). Radykalny wegetarianizm jest dietą fałszywą, która spowodować może patologiczne zmiany, utratę odporności, wyniszczenie organizmu. Chcąc, na przykład, zastąpić kawałek mięsa innym rodzajem białka, musielibyśmy zjeść 4-litrowy garnek gotowanej soi. Nasze społeczeństwo, jak i inne ludy środkowej Europy, ma niejako w genach zapisaną najwłaściwszą dietę, którą potwierdza kilkusetletnia tradycja. Mieszczą się w niej, jak to już niejednokrotnie mówiłem i mięso, i rozmaite kasze, tłuste mleko, jaja, sery, masło, ziemniaki, warzywa, owoce rosnące na polskiej ziemi, itd.

– Na czym polega prawdziwy post, ojcze Janie?

– Post przygotowuje do przemiany serca i poprawy własnego postępowania, na pewno nie jest odchudzaniem. Jeśli natomiast chodzi o stronę zdrowotną, to musimy wiedzieć, że ograniczenie ilości pożywienia oczyszcza organizm, przygotowuje go do wiosenno-letniej aktywności, reguluje przemianę materii, pobudza do samoodradzania. Post występuje od tysięcy lat we wszystkich ludzkich kulturach i religiach. Nawet jeśli ktoś jest osobą niewierzącą, nie powinien przez okrągły rok, bez względu na porę, odżywiać się wciąż tak samo i najadać do syta. W zimie i na przednówku jadamy ciężko: grochówki, fasolówki, dużo wieprzowiny, wołowiny, baraniny, pyzy mięsne polane tłuszczem, smalec ze skwarkami itd. Po tym okresie przychodzi czas postu, wypalania nadmiaru kalorii, wymiatania niestrawionych resztek. Nie zaszkodzi, jeśli w okresie poprzedzającym święta wielkanocne zrzucimy parę kilogramów. Ograniczona ilość dostarczanego z zewnątrz pożywienia powoduje, że organizm uruchamia odżywianie wewnętrzne i nawet potrafi tą drogą wyleczyć niejedną chorobę.

Cdn.

Rozmawiali Marzena i Tadeusz Woźniakowie


Chojnice

Turniej na cztery stoły

Zainteresowanie I Międzyzakładowym Powiatowym Turniejem Tenisa Stołowego o Puchar Przewodniczącego ZRG „S” w Chojnicach przerosło oczekiwania organizatorów, jednak udział w nim mogli wziąć jedynie członkowie „Solidarności”. Część niezrzeszonych sportowców, którzy musieli odejść z kwitkiem, chciała się od razu zapisać do Związku.

22 uczestników z siedmiu komisji zakładowych „S” stoczyło zacięte boje w eliminacjach. Już na początku rozgrywek wyłoniła się grupa faworytów i to oni ostatecznie zdobyli puchary i nagrody. I miejsce zajął Krzysztof Piotrkowski z chojnickiego Mostostalu, drugie Dariusz Bruski, przewodniczący KZ „S” z Polipolu (komisja oraz zarząd firmy byli głównymi sponsorami zawodów), zaś trzecie Edmund Jażdżewski ze Spółdzielni Inwalidów „Równość”.

(jw)


Słupsk w „Magazynie Solidasrność”

Kaufland Słupsk

Pierwszy akt

W Sądzie Rejonowym w Słupsku odbyła się 2 lutego br. pierwsza rozprawa przeciwko Kuflandowi o przywrócenie do pracy Andrzeja Śliwińskiego i Romana Malaka zwolnionych za założenie związku zawodowego. Na pierwszej rozprawie sąd odrzucił wniosek o zasądzenie od pracodawcy kwoty 1000 zł miesięcznie, które przez okres trwania rozprawy pozwoliłyby przeżyć dochodzącym swoich praw związkowcom. Złożono wniosek o uzasadnienie odmowy i zapowiedziano odwołanie do sądu wyższej instancji.

Jak argumentował adwokat związkowców, pracodawca zwalniając dyscyplinarnie z pracy pozbawił ich źródła utrzymania. Jak pokazuje polska praktyka, proces może potrwać wiele miesięcy, a tego zwolnieni nie będą w stanie wytrzymać.

Przewodnicząca składu orzekającego sędzia Tamara Kulczewska-Miszczak uzasadniając odrzucenie wniosku argumentowała, że tego typu kwoty mogłyby być zasądzone wyłącznie jako zabezpieczenie powództwa, tymczasem pozew wnioskuje jedynie o przywrócenie do pracy. Dodała również, że nawet w przypadku pozytywnego rozpatrzenia wniosku nie ma możliwości wypłacenia jakichkolwiek kwot dla związkowców, gdyż mogłoby mieć miejsce jedynie zablokowanie odpowiednich środków na koncie pracodawcy. Rozprawa została odroczona do czasu rozpatrzenia odwołania.

Przypomnijmy. Malak i Śliwiński związek założyli w listopadzie 2003 r. Tydzień później odbyła się pikieta przeciwko działaniom pracodawcy wobec związkowców i konferencja prasowa, na której działacze wystąpili w kominiarkach. Na początku grudnia związek w Kauflandzie wszczął spór zbiorowy o łamanie praw związkowych. 12 grudnia kierownictwo marketu zwolniło dyscyplinarnie Śliwińskiego i Malaka.

(ml)

Bastion pada?

„Solidarność” w Kauflandzie rośnie w siłę. Pomimo przeciwdziałania pracodawcy, powstały kolejne komisje zakładowe.

Po Słupsku, Wejherowie, Stargardzie Szczecińskim

i Wrocławiu w kolejnych marketach Kauflandu powstają organizacje związkowe. W ostatnim czasie w Wałbrzychu zarejestrowana została następna. Inaczej jednak niż dotychczas, pracodawca po ujawnieniu się działaczy związkowych nie dokonał ich zwolnienia. Czyżby oznaczać to miało, że kierownictwo sieci Kaufland przyjęło do wiadomości fakt istnienia związku w tej firmie?

Warto w tym miejscu przypomnieć, że jeśli już w marketach powstaje jakaś organizacja związkowa, to jest to „Solidarność”. I choć w ogromnej większości działania takie spotykają się ze zdecydowanym sprzeciwem pracodawców, komisje „Solidarności” powstały m.in. w takich sieciach, jak Auchan, Real, Geant, Tesco. Jak zwracają uwagę organizatorzy związkowi pomagający zakładać nowe komisje, największym problemem jest tragiczne funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości. Sprawy o przywrócenie do pracy szykanowanych działaczy związkowych trwają wiele miesięcy. W tym czasie pozostają oni bez pracy i bez środków do życia.

(ml)

Posiedzenie Zarządu Regionu

Najważniejsza obsługa prawna

Zarząd Regionu Słupskiego podsumował miniony rok. Zatwierdził realizację budżetu i przyjął nowy. Członkowie wysłuchali informacji o sytuacji w Kauflandzie oraz powołali społeczny komitet, który zajmie się przebudową pomnika ks. Jerzego Popiełuszki.

Wzrost przychodów ze składek członkowskich, remont dachu w budynku, gdzie mieści się siedziba zarządu oraz sposób lokowania środków będących w dyspozycji regionu to główne elementy sprawozdania finansowego za rok 2003. Referujący sprawy finansowe skar-bnik Jarosław Kamiennik zwracał uwagę, że mimo skromnych środków udało się zrealizować wszystkie zamierzenia.

Za jedno z największych osiągnięć szef regionu Stanisław Szukała uznał utrzymanie na wysokim poziomie obsługi prawnej. Jest to o tyle istotne, że z roku na rok następuje lawinowy wzrost spraw sądowych i problemów w relacjach pracownik – pracodawca. Samych tylko procesów o przywrócenie do pracy zwolnionych związkowców jest kilkanaście. Do największych należy sprawa Marka Adamskiego – zwolnionego przewodniczącego w człuchowskich zakładach Radpol, który z powodu opieszałości sądów już rok pozostaje bez pracy oraz rozpoczęty niedawno proces zwolnionych związkowców z hipermarketu Kaufland.

W większości przypadków region udziela tym osobom pomocy finansowej. Ponieważ coraz powszechniejsze są tzw. gangsterskie stosunki pracy, w naturalny sposób obsługa prawna stała się priorytetem działalności regionu.

Na wniosek przewodniczącego członkowie zarządu powołali jedenastoosobowy społeczny komitet przebudowy pomnika ks. Jerzego Popiełuszki. W jego składzie obok związkowców mają zasiąść przedstawiciele Kościoła, władz samorządowych i słupskich środowisk społecznych. Komitet za cel stawia sobie przebudowę istniejącego pomnika kapelana „Solidarności”. Chodzi głównie o tzw. małą architekturę, która wyeksponuje istniejącą dziś tablicę pamiątkową. – Mamy Rok ks. Jerzego Popiełuszki, dlatego czas jest najwyższy, aby zrealizować wcześniejsze zamierzenia – powiedział Szukała. Dodał, że nie chodzi tu o wielkie budowanie. Istniejący plac ks. Jerzego i tablicę należy po prostu odpowiednio wyeksponować. – To patron „Solidarności” i nikt za nas tego nie zrobi – podsumował rozważania Szukała.

Znaczną część dyskusji zajął plan budżetu na rok 2004. Mimo rezerwy z roku poprzedniego trudno będzie zrealizować zwiększające się wydatki, szczególnie na obsługę prawną, z bieżących przychodów.

Sprawą najbardziej palącą w obecnym czasie jest konflikt w słupskim Kauflandzie. Dlatego na zakończenie posiedzenia członkowie Zarządu Regionu spotkali się ze zwolnionymi przewodniczącymi tamtejszej „Solidarności” i wysłuchali informacji o sytuacji w markecie.

Marek Lewandowski

Z profesorem do prokuratury

Rektor Pomorskiej Akademii Pedagogicznej prof. Danuta Gierczyńska złożyła do prokuratury doniesienie o podejrzeniu popełnienia plagiatu przez prof. Stanisława Łacha. Zdaniem prof. Łacha to spisek byłych oficerów Ludowego Wojska Polskiego pracujących na uczelni, którzy zrobią wszystko, by zniszczyć niewygodną dla siebie osobę, od wielu lat związaną z „Solidarnością”.

– To prowokacja, pomówienie i próba zniszczenia niewygodnego człowieka niereprezentującego tej samej opcji co lobby wojskowe, które umocniło się na uczelni – powiedział prof. Łach podczas konferencji zorganizowanej w siedzibie Zarządu Regionu Słupskiego NSZZ „Solidarność” w dniu 10 lutego br.

Owe lobby, zdaniem profesora, to grupa byłych oficerów LWP, którzy pracują jako profesorowie historii w PAP. Gdy na początku lat 90. rektorem był właśnie prof. Łach, planował on połączenie słupskiej uczelni z Uniwersytetem Gdańskim. – Wtedy część kadry bardzo się przestraszyła weryfikacji pracowników naukowych – dodał.

Kierownictwo uczelni zarzuca profesorowi popełnienie plagiatu

w wydanej w 2001 roku książce o ruchu ludowym na Pomorzu, która ich zdaniem miałaby być kopią doktoratu powstającego pod jego kierunkiem. Podczas konferencji profesor pokazywał dziennikarzom maszynopis książki pochodzący z 1998 r., to jest na dwa lata przed obroną wspomnianego doktoratu. Przed skierowaniem doniesienia do prokuratury uczelnia powołała tzw. komisję historyków, która oceniła książkę profesora jako plagiat. Ta komisja – zdaniem prof. Łacha – to właśnie byli oficerowie LWP pracujący na uczelni jako profesorowie historii.

– Dziwi mnie ta pseudokomisja w sprawie plagiatu, w której nie ma ani jednego fachowca znającego się na problematyce ruchu ludowego – ocenił profesor.

Prokuratura na razie nie rozpatruje doniesienia, gdyż zgodnie z prawem, aby ścigać kogoś o plagiat doniesienie musi złożyć osoba poszkodowana. Takiego zgłoszenia na razie nie ma. Sam pomówiony o plagiat zamierza zwrócić się do Ministerstwa Edukacji Narodowej o zbadanie sprawy. Liczy również, że prokuratura rzetelnie i szybko wyjaśni zaistniałą sprawę.

(ml)

Słupską kolumnę w „Magazynie Solidarność” opracował Marek Lewandowski

ZR Słupskiego NSZZ „Solidarność”, ul. Jedności Narodowej 2, 76-200 Słupsk,

tel. (0-59) 84-28-747 e-mail: nszz_sl@poczta.onet.pl 


Fundusz Stypendialny NSZZ „S”

Na sukces trzeba zapracować

Przemek Derengowski ma dopiero 16 lat, a już mógłby być wzorem dla wielu osób, które nie potrafią planować swojej przyszłości. Przemek wie, że na sukces trzeba zapracować. Jego osiągnięcia w licznych konkursach i olimpiadach, a także wysokie oceny z przedmiotów w szkole świadczą, że do życia podchodzi bardzo poważnie.

– Uczę się raczej dobrze, średnią na półrocze miałem 5,58 – mówi skromnie Przemek. – Ale nie muszę kuć, wystarczy, że słucham wykładów nauczycieli.

Przemek jest uczniem trzeciej klasy Gimnazjum nr XVI w Gdańsku Zaspie. Po zajęciach często nadal pozostaje w szkole, biorąc udział w różnych kółkach tematycznych. Szczególnie interesuje się historią i przedmiotami ścisłymi: matematyką, fizyką i chemią.

– Stale pogłębiam swoją wiedzę – opowiada chłopiec. – Dużo czytam. Są to najczęściej książki z dziedziny historii. Najbardziej interesuję się epoką nowożytną, a szczególnie polityką zagraniczną Polski w XVII wieku. Trochę mniej opanowałem wiedzę z zakresu historii XX wieku, ale na pewno nadrobię te zaległości.

Chłopiec startuje w różnych konkursach i olimpiadach, m.in. w olimpiadzie historycznej dla szkół średnich. – Niewiele mi zabrakło, aby przejść wyżej – wspomina Przemek. – Szkoda, mogłem bardziej się przyłożyć. Było warto, bo jako uczeń gimnazjum mogłem przecież będąc laureatem olimpiady już zostać zwolnionym z egzaminu z historii na studia. W ramach olimpiady organizowany był również konkurs „Parlamentaryzm w Polsce”. Brałem też w nim udział.

Po ukończeniu gimnazjum Przemek wybiera się do LO nr III w Gdyni. Zamierza dostać się do klasy z wykładowym językiem angielskim.

– Dostęp do najlepszych szkół w Polsce zapewniłem sobie już w roku ubiegłym – opowiada chłopiec. – To dzięki zwycięstwom w olimpiadach. Myślę już o tym, co będzie później. Chciałbym zdać międzynarodową maturę i studiować za granicą. Myślę, że w przyszłości będę prawnikiem.

Jego pasją jest również sport, a szczególnie bieganie. Przemek przychodzi na zajęcia szkolnego klubu SKS. Trenuje właściwie indywidualnie. Nauka zabiera mu dużo czasu i w związku z tym nie może zapisać się do klubu sportowego. Trener ustala mu zakres ćwiczeń i program, a on go krok po kroku realizuje.

– Zacząłem biegać właściwie dopiero w ubiegłym roku – wspomina chłopiec. – Szybko zacząłem osiągać sukcesy. Wygrywać w różnych zawodach. Polubiłem bieganie, szczególnie na krótkich dystansach. Będę na pewno startował w „Czwartkach lekkoatletycznych”, które przez kilka kolejnych tygodni będą organizowane na wiosnę.

Przemek ucieszył się z przyznanego mu stypendium. Za otrzymane pieniądze kupił sobie buty, sprzęt komputerowy i książki historyczne.

(ozi)

Darczyńcy

Marian Krzaklewski

– Stowarzyszenie „Solidarni ze Stocznią Gdańską” popiera inicjatywę utworzenia Funduszu Stypendialnego NSZZ „Solidarność”. Tym bardziej że do zadań statutowych naszego stowarzyszenia należy m.in. pomoc pracownikom Stoczni Gdańskiej, a także ich rodzinom. Dlatego jednym z warunków przyznania przez nas stypendium było to, że ubiegający się o nie musieli być dziećmi pracowników Stoczni Gdańskiej. Podjęliśmy decyzję o przekazaniu dla pięciu uczniów sumy 3700 zł. Dzisiaj przeglądałem akurat ich wnioski. To bardzo zdolne, młode osoby. Myślę, że w przyszłości to właśnie oni będą rozwiązywali trudne problemy gospodarcze Polski. W przyszłym roku też z pewnością poprzemy finansowo tę inicjatywę.

(ozi)

 

Powrót do spisu treści

 

Strona główna ZR | Strona główna Magazynu | Archiwum „Magazynu” |